czwartek, 29 czerwca 2017

Miłość i troskliwa uważność czynią cuda

Cześć i czołem,

dziś może nietypowy wpis, ale w sumie - czemu nie? Jednym się spodoba, a inni najwyżej go pominą. Dlaczego? Bo będzie o piosenkarce, którą nie każdy lubi – chodzi o Miley Cyrus. Jej przemiana zbiegła się z moim dołkiem i tak naprawdę jej nowa piosenka Malibu dała mi dużo uśmiechu i spokoju. Gdy piszę te słowa, za oknami szaleje potężna burza. Taka sama, jaką przez ładnych parę lat była ta piosenkarka – gwałtowna, groźna, nieprzewidywana i bynajmniej nie przyjemna. Sama bardzo się cieszę, że piszę ten tekst z kubkiem pysznej herbaty w dłoni i nie muszę wychodzić. Takie samo podejście miałam do tej piosenkarki. Dało się jej nawet słuchać, bo słychać, że ma nieprzeciętny głos, ale absolutnie nie chciałam się mierzyć z jej wizerunkiem „twarzą w twarz” czy może lepiej byłoby napisać „twarzą w ekran komputera czy telewizora” ;-). Wiem, że wiele gwiazd, które zaczynały w kuźni Disney’a później radykalnie zmienia swój wizerunek, aby się odciąć od słodkich, przecukrzonych i przelukrowanych początków. To samo zrobiła Miley. Czasem, gdy zdarzyło mi się zerknąć czy to na nowy teledysk, czy przeczytać tekst piosenki, zastanawiałam się jak dalece jest to prawdziwa ona, i jak daleko zabrnie w swojej wulgarności, która ocierała się już o śmieszność. Nie nazwę się jej fanką – nie mam ani jednej płyty, nie słucham często, nie mam dzwonka z jej piosenką, nie byłam na koncercie. Przyznam szczerze, że zwyczajnie było mi żal tej dziewczyny, która w moich oczach staczała się na dno popowej muzyki, bez szans na powrót… „Nie ona jedna, nie ostatnia” – dumałam chwilkę, po czym wracałam do swoich codziennych zajęć.

Dziś, kiedy słucham jej nowej piosenki, zapowiadającej zapewne nową płytę, uśmiecham się. Uśmiecham się, bo po raz kolejny widzę jak wielką moc ma miłość i właściwa osoba obok. Sama ostatnimi czasy, jak pisałam Wam w poprzednim wpisie, czułam że ląduję gdzieś w ciemnej otchłani bez wyjścia. Bałam się nieco wizerunku samej siebie a’la PANI IDEALNA – dziś wiem – również NIEREALNA, który zaczęłam nieświadomie prezentować na zewnątrz. Najgorsze było to, że z punktu widzenia sprzedaży samej siebie, mimo iż nieautentyczny, miał wielką marketingową moc! To było straszne… Dlatego sama tak długo, nie dostrzegałam w ogóle, że dzieje się ze mną coś złego – otoczenie utwierdzało mnie bowiem w przekonaniu, że wszystko jest super, okay i że jestem extra.

Pogubiłam się w sobie, jak w damskiej torebce gubi się ulubiona pomadka, gdy jest najbardziej potrzebna. Ale na szczęście mam obok czujnego i kochającego mężczyznę, który zauważył, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Miałam napad lęku, który wyglądał pozornie jak wirusowe zapalenie opon mózgowych – Ukochany najpierw zawiózł mnie do szpitala, gdzie wykluczono najgorsze, a później zawiózł do mieszkania, zrobił herbatę i długo rozmawialiśmy – były łzy podczas tej rozmowy, nawet dużo… ale otarł wszystkie, do ostatniej kropelki, moją ulubioną chusteczką z balsamem. Otulił mnie troską i miłością Nie sądziłam nawet, że on tak szybko dostrzeże, że dzieje się coś złego i że tak szybko, właściwie nieomal od razu, zaczniemy działać, abym wróciła na słoneczną stronę życia. Jego uczucie do mnie – mam trochę wrażenie, że tak jak uczucie partnera Miley do niej, dało mi kopa, by wrócić do stanu równowagi – do wizerunku samej siebie bez kreowania się na niedościgniony ideał, bo ich po prostu nie ma. Często słucham piosenki MALIBU, by przypominać sobie, że harmonia wewnętrzna i spójność wnętrza z wizerunkiem zewnętrznym jest jedyną gwarancją dobrego samopoczucia i równowagi – swoistego slow-life balance.




Którego i Wam życzę, bo AUTENTYCZNOŚĆ JEST BEZCENNA. Nie warto próbować być na siłę kimś innym, lepiej stawać się z dnia na dzień najlepszą wersją samego siebie. Nikt inny nie przeżyje Twojego życia tak dobrze, jak Ty sam ;-) PAMIĘTAJCIE O TYM KOCHANE KANGURKI!

Trzymajcie się chłodno w te upalne dni :)
Buziaki, Wasza Ewelina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz