piątek, 11 listopada 2016

Ewelina Zach: Ból straty

Pewnymi sprawami nie jesteśmy w stanie dzielić się od razu. Za bardzo bolą, za mocno dławią, zbyt silnie ściskają gardło. Myślę więc, że zrozumiałym będzie jeśli o utracie mojej MAŁEJ WIELKIEJ MIŁOŚCI napiszę dopiero teraz choć upłynęło już trochę czasu.

Rzecz miała miejsce 4 września tego roku. Około godziny 9 rano odszedł mój najukochańszy Skarb – świnka morska DEXTER. Był to potworny cios – tym bardziej bolesny, że dzień wcześniej jeszcze siedział sobie na zewnątrz przed domem i wcinał trawkę – bezpieczną i sprawdzoną – zresztą nie był pozostawiony sam sobie – był w cieniu, miał wodę, cały czas Ktoś był na ogródku i kontrolował sytuację. Zwierzak sobie leżał, odpoczywał, radośnie kwiczał gdy się go brało na ręce i tuliło. Reasumując  - absolutnie nic nie zapowiadało tej, dla mnie, tragedii.

W nocy przez jego śmiercią jedyne co mnie zaniepokoiło to totalny brak apetytu – świnki morskie nie mogą nic nie wcinać zbyt długo zatem przygotowałam specjalną karmę i wstawałam co 40 minut – brałam do małej strzykaweczki karmę, później podawałam wodę i tak przez całą noc. Pomyślałam,
że nazajutrz, mimo niedzieli pojadę do weterynarza skontrolować co jest przyczyną tego stanu rzeczy.

Nie zdążyłam… rano mój zwierzak już leciał mi przez ręce – troszkę też pokwikiwał nieco niepokojąco zatem otuliłam go jego ukochanym ręczniczkiem we wszystkich kolorach tęczy i tuliłam – zwierzak nieco się uspokoił. Ponieważ dochodziła 9, a od 9 przyjmował doktor ubrałam się i chciałam wraz z tatą jechać do weta jak najszybciej. Usiadłam na siedzeniu, głaskałam i uspokajałam Dextera prosząc go by był dzielny i mówiąc, że będzie dobrze… nie zdążyliśmy wyjechać z bramy – prosiaczek wtulił się, zamknął oczka, jakby odchrząknął, westchnął i odszedł…

Przez 40 minut nie dałam go sobie wyciągnąć z rąk – byłam w szoku. Mój zwierzak miał idealne warunki, cały czas był zadbany, jadł tylko to co najlepsze i nie dał mi najmniejszego sygnału, że odejdzie – poczułam się załamana …miał dopiero 6 lat – według wielu to zacny wiek dla świnki, ale ja wiem o takich które żyją i 11 i dbając o mojego Skarba od małego walczyłam by został ze mną jak najdłużej. Niestety nie wyszło, a On postanowił pobiec na łąkę za Tęczowym Mostem wcinać koniczynkę i bawić się z innymi świnkami.

Później go pochowałam, kilkanaście nocy słabo spałam, przesiadywałam przed jego „grobem” nad którym tata postawił lampkę solarną, która w nocy mieniła się kilkoma kolorami i zadawałam sobie pytanie dlaczego ? – Dlaczego spotyka mnie to akurat teraz – kiedy szukam pracy, wykombinowałam już gdzie znajdzie się klatka w nowym warszawskim mieszkaniu, kiedy już planowałam gdzie
go zabiorę i co mu pokaże – w końcu kiedy jestem na rozstaju dróg, przed nowym etapem życia
i właśnie teraz chciałabym móc Go pogłaskać, przytulić, posłuchać jak kwiczy i tupta po swoim domku.

Ktoś powie, że to niepoważne. Ale Dexter był szczególnie ważny w moim życiu – w trakcie trudności z chorobą, gdy miałam wyłonioną stomię,  gdy rozpadały się moje związki, gdy przez niezrozumienie choroby odsunęli się ode mnie wszyscy znajomi, gdy nie mogłam dogadać się z rodziną, gdy wpadłam w depresję – On cały czas kochał mnie, był ze mną, nie oceniał mnie i wiedziałam, że na jego radość zawsze mogę liczyć.  TAKI MAŁY A TAK NAPRAWDĘ NAJWIĘKSZY PRZYJACIEL.

Do dziś łapię się na obieraniu marchewki i myśleniu, że ukroję mi kawałek… czy na wchodzeniu do pokoju i dziwieniu się ciszą… albo na mówieniu „dobranoc Dexter albo dzień dobry Titi „ i tej ciszy… kiedy dociera do mnie, że już mi On nie odpowie, tak jak zawsze to czynił.

Brakuje mi pod palcami jego miękkiego futerka w jesienne wieczory. Jeszcze nie jestem gotowa przywitać nowego zwierzaka.  Ustaliłam z Ukochanym, że jakiś zwierzak pojawi się w warszawskim mieszkaniu końcem kwietnia – jeszcze nie sprecyzowaliśmy czy to będą dwa samczyki świnki morskiej czy kot – musimy to też omówić z właścicielem mieszkania i współlokatorem. Liczę jednak na to, że będą przychylni – od dziecka wychowuję się w towarzystwie zwierząt i nie wyobrażam sobie abym miała żyć w pustym mieszkaniu bez nich – wiem, że to odpowiedzialność dlatego racjonalnie podchodzę do tematu i na wszystko daję sobie czas i uważnie przeczesuję możliwości .
Rzeczy, które pozostały mi po Dexterku rozdzieliłam – ręczniczek jest schowany – nieprany bo pachnie jego miękkim futerkiem, klatka i podłoża są schowane – mają dość długie terminy przydatności do użycia – jeśli zdecyduję się na świnki klatka i reszta rzeczy jak szklane poidło czy ceramiczne miseczki przydadzą się koncertowo.  Są schowane umyte i przykryte na strychu w moim domu w Tarnowie i nic im nie grozi. Jeśli chodzi o karmy i bawełnę organiczną do odpoczywania dla świnek przekazałam je  jednemu z wielu domów tymczasowych Stowarzyszenia Pomocy Świnką Morskim – polecam czasem ich wesprzeć, to wspaniali ludzie robiący dużo dobrego dla tych malutkich stworzonek.

Jeśli zdecyduję się na dwa samczyki świnki to jestem w kontakcie z domem, który wsparłam – będę chciała adoptować je właśnie ze stowarzyszenia J

A Wy macie w pamięci jakiś szczególnych zwieszakowych towarzyszy waszego życia ? Czy to żyjących czy tych co już odeszli ? Jeśli tak podzielcie się jakimś wspomnieniem, może zdjęciem w komentarzu – fajnie będzie wiedzieć, że jest więcej ludzi, którzy mają mocno emocjonalny stosunek do zwierząt jak ja J

Pozdrawiam

Ewelina

NieDoBezPary ( pamięci Dextera)
Mam dziurawą duszę
po - minięty makijaż ...
Wyrtarta jestem jak znoszony but
nie do pary...
Bez...
Bardziej pusta niż każdy
wygryziony przez termity badyl ...
Wpatrzona w lampkę i kolor...
Zielony, czerwony, niebieski...
Słońce daje jej siłę a ona i tak gaśnie...
Jak ja w oczach
BezNieba...
Miękkie futerko
Pod palcami Twój ręczniczek kolorowy
Mój maleńki Skarbie...
Titi słodkie
Ciebie mi potrzeba...
Nie chcę powiedzieć
NA ZAWSZE
Dobranoc...
Moknę od łez...
Nie odchodź...
Nie milcz mi prosto w serce
Cokolwiek powiedz Mi
Zostań...
Przecież wiesz,
Że potrzebuję Cię jeszcze



środa, 2 listopada 2016

Ewelina Zach: Miła końcówka lata


Ostatnio pojechałam z Rafałem do Warszawy. Pogoda była wyśmienita, więc szkoda byłoby marnować czas siedząc przed komputerem czy telewizorem. Postanowiliśmy poszukać jakiejś podwarszawskiej miejscowości bądź dzielnicy, do której nie mielibyśmy zbyt daleko lecz moglibyśmy tam dotrzeć i naprawdę miło spędzić dzień. Po nieco ponad godzinnych poszukiwaniach po śniadaniu zdecydowaliśmy się na odwiedzenie Podkowy Leśnej – górę wzięło określenie, iż jest ona nazywana Miastem – Ogrodem. Koniecznie chciałam zobaczyć ten ogród. Zatem pojechaliśmy.

Okazało się, że Podkowa Leśna to bardzo urodziwa, malownicza oraz rzeczywiście zielona miejscowość. Dech zapiera ilość lasów, drzew, kwiatów, dróżek i uliczek oraz willi ukrytych między nimi. W Internecie przeczytałam opinię, iż podobno na pytanie o wymarzone miejsce do zamieszkania w okolicach stolicy wiele osób odpowie bez wahania - "Podkowa!". Muszę się z tymi słowami zgodzić. Jednak do określenia, że jest to Miasto- Ogród bez wahania dodałabym inne – Miasto poetyckich westchnień, spokoju, uśmiechniętych ludzi wokół, ciszy oraz miasto, gdzie czas płynie zupełnie inaczej – wolniej, pełniej, uważniej. Zachwycona, spacerując ulicami oraz zachodząc w zakamarki miejscowości, obserwowałam jej piękno – śmiałam nawet się rozmarzyć, o tym jak kiedyś kupuję tam działkę i stawiam piękny dom – ale do odważnych świat należy zatem czemu wykluczać taką opcję J

Ogromne wrażenie zrobił na mnie Kościół – Ogród, który w zamyśle jego budowniczych miał być dopełnieniem Miasta. Bardzo zaskoczyło mnie, że wokół ludzi spacerujących i robiących zdjęcia wędrują zupełnie nieskrępowane pawie – samce i samiczki – kompletnie nie zwracające na nich uwagi. Z Rafałem przeszliśmy wokół Kościoła – to chyba jedno z najpiękniejszych miejsc na spokojną medytację i kontemplację jakie do tej pory dane mi było odwiedzić. zostałzadbano o każdy detal, każdy szczegół, każdą rzeźbę… No i oczywiście Dzwonnica z Aniołami stojąca po prawej stronie wejścia u bramy Kościoła.

Spędziliśmy w Podkowie Leśnej wiele miłych godzin na spacerowaniu i zwiedzaniu wszystkiego, co da się zwiedzić. Byliśmy w Leśnym Parku Miejskim, przeszliśmy się piękną zabytkową Aleją Lipową, przyglądaliśmy się uważnie Willi „Aida”, podziwialiśmy Pałacyk Kasyno oraz Dom Anny i Stanisława Iwaszkiewiczów w Stawisku, widzieliśmy również słynny „Domek numer zero” będący reliktem Stanisławowa. Figura Matki Boskiej z 1925 r. nas zachwyciła. Daliśmy sobie czas na chwilę zadumy stojąc przy Płycie poświęconej polskim i węgierskim towarzyszom broni. Podziwialiśmy w okolicach Kościoła misternie wykonane popiersie Jana Pawła II…

Jest tam pięknie, cicho oraz spokojnie – można porozmawiać, pobłądzić między drzewami oraz naoglądać się przepięknych domów oraz willi i rozmarzyć się o znalezieniu się w tym miejscu jako mieszkaniec. Na kolację zajrzeliśmy, nieco niezdrowo, na kebaba – ale nie ma czego żałować, bo mięso było w nim świeże i pyszne – nie miałam żadnych rewolucji stomijno–jelitow –brzusznych. Tylko żal mi było trochę wracać do zatłoczonego miasta – tam oddycha się pełniej. Cieszę się jednak, że to niedaleko Warszawy, do której mam nadzieję niebawem się przenieść – liczę na to, że mój Mężczyzna da się czasem namówić na wycieczkę do Podkowy Leśnej – chciałabym tam móc spędzić kilka dni i napawać się magicznym klimatem tego miejsca jak najczęściej J Polska to piękny kraj – warto przyglądnąć się bliżej swojej Ojczyźnie – jest cudowna J


P.S. I jeszcze jedno – polecam zawsze przed podróżą do nowego miejsca nieco o nim poczytać, aby móc zaplanować zwiedzanie – My skorzystaliśmy w przypadku Podkowy Leśnej z tego linku, który pomógł nam zaplanować właściwą kolejność odwiedzanych miejsc - http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/search,1,-1,-1,921504,-1,-1,-1.html








piątek, 14 października 2016

Ewelina Zach: Zaczynam zwalniać

Zaczynam zwalniać… miejsce w szafie :)

Hej moi Kochani. Dziś chciałam Wam napisać o zmianach jakie wprowadzam w swoim życiu. Zastanawiałam się dłuższą chwilę czy Was to w ogóle zaciekawi, ale pomyślałam, że przecież mogę Wam podrzucać też swoje inspirację, a nie tylko gadać (a raczej pisać) o stomii. Jak postanowiłam tak robię.

Od dłuższego już czasu  obserwowałam u siebie niepokojącą zmianę – przestałam lubić przebywanie w swoim pokoju. I to do tego stopnia, że nawet Dexterka (moją świnkę morską) wyciągałam, owijałam jego ukochanym kocykiem i siedzieliśmy albo w salonie albo, przy dobrej pogodzie, na zewnątrz. Bawiąc się z moim małym wielkim kumplem zastanawiałam się co się dzieje.

I po kilku dniach zrozumiałam – olśnienie uderzyło we mnie z mocą pioruna – MAM ZA DUŻO RZECZY WOKÓŁ SIEBIE! EUREKA! Trzeba to zmienić. Inspirująca literatura była już wtedy przeczytana. I to był ten właściwy moment aby coś zmienić. Jednym z motorów napędzających mnie do wprowadzenia zmian był fakt, iż zaczynam szukać pracy w Warszawie – i jeśli ją znajdę to chcę przeprowadzić się do Narzeczonego. A zapowiada się, że przez pół roku a może rok będziemy w jednym pokoju razem – i gdzieś musimy się pomieścić.

Mój Ukochany patrzył na sprawę sceptycznie „ Znów nakupisz książek, naczytasz się, wydasz kasę a później nic z tego nie będzie, a książki będą kurzyć się na półkach”. Dawniej może by tak było, ale nie dziś. Uśmiechałam się więc tylko na to jego lekkie, pragmatyczne marudzenie i postanowiłam zrobić swoje.

Odświeżyłam swoją wiedzę na tematy SLOW LIFE, SLOW FASHION oraz o MINIMALIZMIE. Na pierwszy ogień poszły ubrania, książki oraz różne gromadzone przez lata bibeloty. Co mnie nieco zaskoczyło – nie czułam się przytłoczona podejmowanym zadaniem – czułam entuzjazm, radość oraz ekscytację.

Porządki stopniowe trwały 8 dni.  Ubrania poszły na pierwszy ogień – choć przyznam, że ostatniego dnia było jeszcze jedno przepatrzenie szaf – takie mocno ostateczne. W ciągu tych ośmiu dni uradowałam wiele osób – Siostra była bardzo zadowolona mnóstwem kosmetyków oraz kilkoma książkami, które przygarnęła. Kuzynkę bardzo ucieszyła duża ilość ciuchów, które były w jej stylu – ale także kolejna duża ilość książek, nieco kosmetyków, kilka torebek i parę innych bibelotów, które jej się podobały. Część całkiem ładnych ubrań oraz książek w dobrym stanie oddałam na bazarek dla podopiecznych fundacji „Mon Ami” opiekującej się zwierzakami – bo było naprawdę fajne i oczyszczające doświadczenie :) W efekcie czuję się lżejsza, radośniejsza oraz pełniejsza. Choć jeśli chodzi o ubrania to nie do końca – moja wymarzona szafa to ubrania świetnej jakości, dobrze skrojone, pasujące do siebie tak dobrze, że mogłabym je wyciągnąć z szafy po ciemku kompletując górę z dołem i zawsze efekt byłby doskonały – niestety jak wiadomo takie ubrania kosztują nie mało więc  coś tam musiałam zostawić – ale zabawy z szukaniem stylu i kompletowaniem garderoby idealnej będę robiła powoli w miarę jak znajdę pracę i zacznę zarabiać – stopniowo kupując co miesiąc czy to bluzeczkę czy spódniczkę czy coś innego – i gdy kupię coś fajnego, dwie z tych rzeczy mniej lubianych będą wylatywać z szafy :) Jeśli chodzi o dżinsy warto dać je krawcowej do przerobienia na modne krótkie spodenki – niech profesjonalistka oceni, które należy już wyrzucić bo są zbyt znoszone, a z których można coś zrobić. Ja poprosiłam, by specjalistka (Bratowa mojego Narzeczonego) zrobiła mi modne szorty . Dałam jej na to dużo czasu – w końcu lato już mija, a ona ma też swoją pracę – będzie więc pracowała nad moimi spodenkami w wolnych chwilach – nie mogę się doczekać efektów końcowych, bo to jest zdolna bestia :) Czy wiecie, że modne szorty wcale nie specjalnie kombinowane, z metką znanego projektanta potrafią kosztować nawet 500 złotych ?! Warto więc oszczędzić i wykorzystać to co już mamy – efekt może przejść najśmielsze oczekiwania, jeśli mamy pod ręką zdolną i kreatywną osobę – i dużo tańszym kosztem będziemy mieć na następny sezon kilka nowych par pięknie wykonanych krótkich spodenek – gorąco polecam, bo to duża oszczędność a i nasze kreacje będą wyjątkowe i niepowtarzalne.Ważna kwestia – porządki dotyczą też BIELIZNY – tu również powinniśmy przejrzeć i wyrzucić wszystko co jest w fatalnym stanie, zostawić to co jest znośne i stopniowo czynić inwestycję, by dojść do skromnej szafy z wygodną bielizną – również tą do spania :) Moje porządki objęły też pliki znajdujące się w komputerze oraz w telefonie.  Jestem teraz lżejsza o masę niepotrzebnych mi rzeczy, aplikacji i innych głupot – niektóre sprawiły komuś radość i trafiły do osób, które o te rzeczy będą dbać ale również będą się nimi cieszyć. I o to w tym wszystkim chodzi – by każdy był zadowolony.

Na sam koniec tych wypocin o sprzątaniu podam Wam tutaj linki do blogów, które posłużyły mi jako inspiracja do działania oraz tytuły książek :

www.styledigger.com  - od tego się zaczęło


http://mariapereira.pl/2013/10/papierowa-rozpusta-sztuka-prostoty.html - tu znalazłam kilka propozycji książkowych wartych uwagi.


Zaś z książek najważniejsze są dla mnie dwie pozycję autorki bloga Styledigger. Pani Joanna Glogaza wydała dwie książki – SLOW FASHION oraz SLOW LIFE które gorąco polecam :)

Serdeczności moi Kochani Czytelnicy. Jeśli macie w tym temacie jakieś doświadczenie albo wiedzę podzielcie się  pod postem – chętnie poczytam :)

Pozdrawiam


Ewelina :)

piątek, 9 września 2016

Ewelina Zach: Urodziny



Hej,

Przepraszam, że tak mi się zniknęło na jakiś czas. Bardzo dużo różnych różności działo się w moim życiu. Postaram się nadrobić i wszystko po kolei opisać.

Dzisiaj będzie o urodzinach które miałam 15 sierpnia. W pewnym sensie były one szczególne – bo 25. Takie ćwierćwiecze. Postanowiłam zrobić naprawdę malutkie urodziny – zaprosiłam trochę ludzi, to fakt, ale każdemu zaznaczyłam, że to żadna tam wielka impreza – były ciasta, był tort, jakieś ciasteczka oraz kawa, herbata, mineralna z owocami i kompot. Miałam też szczególnego gościa – w dniu moich urodzin była jeszcze u mnie Ania – moja koleżanka z Piotrkowa Trybunalskiego, którą to poznałam w szpitalu w Łodzi zaraz po wyłonieniu stomii – ona miała ją wyłonioną trochę ponad tydzień przede mną.  Zaprosiliśmy ją z rodzicami na tydzień relaksu w Tarnowie – przyjechała do Nas ze swoim najmłodszym synkiem. Goście dopisali i się również spisali – prosiłam bowiem każdego, by nie szalał z prezentami – zaznaczyłam lecz, że chcę dostać od każdego kartkę – w sumie z tymi, które dostałam kilka dni później od koleżanek pocztą mam 15 kartek urodzinowych. Poza tym dostałam jeszcze duuuuuużą torebkę od cioci i kuzynki, Aniołka, który ma mnie pilnować od Ani,  trochę słodkości, dwie książki oraz od Ukochanego terminarz – moje drugie podejście do kalendarza w tym roku – pierwsze nie wyszło, bo kalendarz był kupiony zbyt późno – ten zaś zaczyna się od września – to taka forma motywacyjnego terminarza – naprawdę jest świetny :) Moja kochana siostra zaś przeszła samą siebie i kupiła mi świetne buty. Coś tam grosza też wpadło – będą przeznaczone na wymianę  garderoby – planuję wielkie wprowadzanie minimalizmu w życiu – dotyczy to również mojej szafy :) Dzień upłynął bardzo miło. Wszystkim też bardzo podobał się mój wyjątkowy tort – moja ulubiona w Tarnowie cukiernia jak zwykle stanęła na wysokości zadania – jak wyglądał tort widzicie na zdjęciu – ostatnio oglądałam bajkę Zwierzogród i totalnie mi się podobała – dlatego na torcie nie mogło znaleźć się nic innego tylko główni bohaterowie. 

Dzień urodzin upłynął w miłej i wesołej atmosferze – było dużo dobrych życzeń, miłych rozmów i radosnego śmiechu – czyli tak jak być powinno - to zdecydowanie były jedne z moich lepszych urodzin.  


 


czwartek, 2 czerwca 2016

Ewelina Zach: Szaleństwa Lucka :D

To zdarza się co miesiąc. Trwa zazwyczaj kilka dni i jest szkodo- i męko- twórcze. Ale później przychodzi menstruacja i problem się kończy – znaczy trzeba po nim posprzątać – znaczy po problemie, nie po okresie. Brzmi to wszystko tajemniczo – o czy właściwie mówię ? 

Chodzi o moją stomię, która w okolicach miesiączki dostaje hopsia – to się wybrzusza i robi większa, to za chwilę robi się maleńka jak ziarenko grochu, to znowu się wypłaszcza, to robi się nierówna – płaska po prawej i wystająca po lewej stronie kominka. Najgorsze jest to, że potrafi dość drastycznie się zmienić w przeciągu kwadransa – wygląda to tak : wymieniam woreczek – mierzę średnicę stomii za pomocą miarki – wychodzi mi 23 mm – więc tak przycinam woreczek, ponieważ wystaje to zakładam zwyczajny płaski woreczek. I zadowolona zajmuję się czymś innym. 

Po pół godzinie mam wyciek – ściągam woreczek i co ? – Lucjan postanowił się wypłaszczyć na równo ze skórą i nagle ma średnicę 13 mm – skóra mnie piecze więc reaguję bardzo szybko – ściągam woreczek, oczyszczam skórę pianką , chusteczkami albo wodą z mydłem – w zależności od tego co mam pod ręką. Najbardziej komfortowe jest być wtedy w domu – wtedy nie naklejam na skórę nowego worka od razu – smaruję skórę kremem barierowym a jeśli stomia jeszcze pracuje daję się jej „wypróżnić” i później przyklejam woreczek – po takiej akcji Lucek lubi np. być płaski ale już ma te 20 mm. Wtedy wyciągam woreczek do stomii lekko wklęsłej i zakładam go na skórę. Choć przyznaję, że czasem Lucek robi mi złośliwości i pokonuje nawet worki typu convex – nagle się zmniejsza z 20 na 10 mm i przez to od razu przecieka mimo to, że zastosowany worek jest prawidłowy – co robię w takich chwilach ? Śmieję się z tego – serio, nie umiem się tym przejmować, nie ogranicza mnie też to zbytnio. Staram się mieć w domu i pod ręką jeśli wychodzę zwłaszcza  „w tym czasie” woreczki różnego typu – czy to na półce czy w torebce. Nauczyłam się też dość skutecznie wyczuwać, że coś nie gra i nie zdarza mi się pobrudzić ubrania – na wszelki wypadek mam jednak wtedy dodatkowe legginsy i bieliznę – zajmuje to mało miejsca i w niczym mi nie przeszkadza, a daje poczucie bezpieczeństwa. Nie wstydzę się też o takim problemie poinformować znajomych – lepiej się czuję wiedząc, że oni wiedzą. Zresztą w trudnej chwili są pomocni – jedno poda mi chusteczkę, drugie pomoże zasłonić się w wyścigu do toalety. Czasem jest śmiesznie naprawdę J na szczęście wtopy w miejscu publicznym zdarzają mi się niezwykle rzadko. Za to przy moim narzeczonym, w domu albo w jego mieszkaniu już częściej – ale i on nie ma z tym problemu – cieszy się, że mam wyczucie i refleks bo nigdy nie pobrudziłam ani jego ani żadnego mebla podczas awarii J – pomaga mi się jako tako ogarnąć i dolecieć do łazienki aby się przemyć, a ciuszki idą do prania. A co ze skórą po takich akcjach ? Zazwyczaj jest zaczerwieniona i nieco swędzi. 

Podczas miesiączki jednak biegunkowe wypróżnienia mijają i robią się jak zwykle zwyczajne i przewidywalne więc i Lucjan zachowuje się normalnie – leczę się więc wietrzeniem skóry, smarowaniem maścią z Wit A (bardzo mi pomaga), czasem stosuję też Alantan albo zwykły krem barierowy – robię grubszą warstwę, chodzę z jelitem pół dnia na wierzchu (bo wiem że będzie spokojne) kremy działają i się wchłaniają, później przecieram delikatnie skórę oczyszczając ją z tych specyfików i normalnie naklejam worek. Kiedy podrażnienie jest większe stosuje maść z antybiotykiem albo sterydem – ale to już po ewentualnym zaleceniu pielęgniarki – wtedy bardzo szybko jest po  takim nieco większym problemie (np. przekrwienia skóry, takie kropeczki jakbym się podrapała choć tego nie robiłam) i skóra wraca do normy nawet z trudniejszego stanu. 

Reasumując w takich sytuacjach trzeba być uzbrojonym w różne typy worków, cierpliwość, refleks oraz poczucie humoru, a gdy stomia wróci do normy dopieścić skórę aby przestała być zaczerwieniona i by nie piekła. Trzeba być dla skóry delikatnym a całą sytuację obrócić w żart – no w końcu zdrowym też zdarzają się biegunki i też nieraz „ nie dolecą” do ubikacji i nie dramatyzują. A Wy moi drodzy macie czasem takie numery ? Jak je „ogarniacie”?

Buziaki :*

środa, 18 maja 2016

Ewelina Zach: Witam wszystkich!

Hej Wszystkim! Ponieważ to mój NAJPIERWSZY post chcę się najpierw z Wami przywitać i nieco Wam siebie przybliżyć. Metryczka – krótko i na temat. Ewelina Zach, lat 24, zodiakalna lwica, studentka zarządzania, Tarnowianka, przed chorobą pływaczka w sekcji pływackiej ZKS UNIA TARNÓW (delfinistka!). Od 21.03.2013 mam kolostomię wyłonioną tymczasowo w przebiegu mojej podstawowej choroby jaką jest NZJ – Choroba Leśniowskiego – Crohn’a. Z tą uroczą „parką namolnych panów co się przyplątali znikąd” znamy się od 2006 roku. Od 17 maja 2015 jestem szczęśliwie zaręczona. Postanowiłam od czasu do czasu zarzucać Was informacjami na temat tego co u mnie słychać, bo bardzo chciałabym swoją osobą i życiem udowadniać, że się da – da się być szczęśliwym, da się być w fajnym związku, da się mieć obok partnera który wszystko rozumie i akceptuje oraz, co najważniejsze da się żyć pełnią życia. 

W tej chwili mimo tego, iż choroba od czasu do czasu miesza w moich planach jestem na etapie kończenia pracy licencjackiej, hobbystycznie piszę wiersze (odkładam zaskórniaki na wydanie pierwszego tomiku), planuję za jakiś czas (niedługi) obronę i zdobycie tytułu licencjata, ślub, podjęcie pracy i przeprowadzkę do Warszawy gdzie już mieszka
i pracuje mój Ukochany oraz studia podyplomowe w Poznaniu (mediacje i negocjacje w biznesie). 

Jestem osobą energiczną z setką pomysłów na życie (to przy mojej chorobie jest dobre, bo jak jeden mi nie wypali mam jeszcze 99 w zanadrzu), jak każdy miewam wzloty i upadki ale staram się widzieć w każdej sytuacji coś dobrego i wynosić z niej jakąś przydatną życiową lekcję. Na dzień dzisiejszy jestem po miło spędzonej majówce – były 17 urodziny kuzynki, było dużo spacerów z psiakiem i trochę odwiedzania pięknych tarnowskich miejsc – w tym roku wypadło na Park Strzelecki oraz Górę św. Marcina. Pogoda może nie była doskonała bo było mało słońca, dużo wiatru i całkiem sporo deszczu, ale udało nam się z Rafałem (imię Narzeczonego) złapać i wykorzystać maksymalnie kilka słonecznych momentów. Carpe diem ! i do przodu.


Uściski Kochani!