poniedziałek, 30 października 2017

Atak przetoki i rodzinne chwile

Dzień dobry,

pogoda ostatnio szaleje. Orkan Grzegorz sieje po Polsce zamęt i zniszczenie. Na szczęście u mnie za oknem w ten poniedziałkowy poranek zza chmur pokazało się na moment słońce. A ja jestem w domu, mimo że powinnam być w pracy. Niestety, przetoka dała o sobie znać. Zaczęła wydzielać dużo ropy i bolała mnie w trakcie siedzenia. Zmartwiona udałam się do lekarza. Mam zalecone cztery nasiadówki dziennie: na zmianę w szarym mydle i nadmanganianie potasu. Dodatkowo pani doktor poleciła mi zastosować, podobno świetny, żel GAF. Przyznam szczerze, że o tym produkcie jeszcze nie słyszałam. Okazało się, że nie jest go tak łatwo dostać w aptece. Trzeba było skorzystać ze strony producenta, który wskazuje, gdzie w danym województwie można dostać jego wyrób. To znacznie ułatwiło mi dokonanie zakupu. Poczytałam również w sieci dużo skrajnie różnych opinii o działaniu tego żelu. Chcę wierzyć, że pomoże mi on w tej nierównej walce z przetokami. Choć przyznam szczerze, jestem trochę sceptyczna. Sama wyrobię sobie zdanie o tym żelu po dłuższym okresie stosowania. Póki co działam zgodnie z zaleceniami lekarza. W domu mam tydzień na intensywną terapię znanymi mi metodami, aby poprawić stan okolic odbytu.

Martwię się trochę jak to będzie wyglądało w pracy, bo nie przepracowałam nawet pełnego miesiąca. Mam nadzieję, że nie zostanie to negatywnie odebrane i firma wciąż będzie patrzyła na mnie łaskawym okiem. Przez trzy tygodnie bardzo się starałam pokazać, że na tej pracy mi zależy i że chcę pracować. Czas pokaże co nastąpi.

Oprócz przetoki jak na złość przyplątały się do mnie problemy żołądkowe. Dostałam skierowanie na gastroskopię, bo podejrzewane są wrzody albo Helicobacter pylori. Aby nieco mi ulżyć, Pani doktor przepisała mi lek, który łagodzi objawy zarówno Helicobacter, jak i wrzodów. Przyznam szczerze, że trzeci dzień go stosuję i czuję, że skurczowe bóle żołądka i nieprzyjemne objawy w trakcie spożywania posiłków nieco zmalały, ale dopiero gastroskopia potwierdzi co tak naprawdę się dzieje. Trochę się obawiam tego badania, bo nie należy ono do najprzyjemniejszych, ale wiem, że trzeba sprawdzić dokładnie co się dzieje. Na szczęście badanie będzie wykonane w znieczuleniu ogólnym.

Miniony weekend to nie tylko choroba i przykre informacje. Mój Tata postanowił mi zrobić niespodziankę i przyjechał do mnie w piątek wieczorem. Bardzo się ucieszyłam z jego wizyty, bo już mocno doskwierała mi tęsknota za domem i rodziną. Tata przywiózł z Tarnowa różne pyszności – boczek do gotowania, pyszny chleb z mojej ulubionej piekarni, ulubione wędliny, a także upieczony przez moją mamę piernik. Byłam bardzo wzruszona. Tata zrobił nam też niemały prezent – wraz z mamą postanowili kupić nam toster i maszynkę do mielenia mięsa. To bardzo przydatne sprzęty, których brakowało nam w kuchni i mieliśmy  je w planach zakupowych, ale dosyć odległych. Toster oczywiście razem przetestowaliśmy – tosty z wędliną i serem żółtym były palce lizać. To był wspaniały czas. Nie ukrywam, że bardzo, ale to bardzo stęskniłam się za moim Tatą. Jestem taką trochę córeczką tatusia i zawsze miałam z Tatą fantastyczną relację – świetnie się dogadujemy i jesteśmy do siebie z charakteru bardzo podobni. Mój Rafał też cieszył się tą wizytą, bo ma z moim Tatą wspólne zainteresowania i wprost genialnie się dogadują. Szkoda tylko, że wszystko co tak miłe szybko się kończy. Miałam taką myśl, zresztą to była też sugestia lekarki, aby pojechać z Tatą na ten tydzień do Tarnowa i tam dbać o nasiadówki i wszystko inne, ale nie chciałam zostawiać w Warszawie mojego Ukochanego samotnie. Niedługo, bo już w połowie listopada, jedziemy odwiedzić rodzinne strony na cztery pełne dni.

Na koniec tego zakręconego wpisu o kilku rzeczach naraz, proszę, trzymajcie za mnie kciuki. Bardzo bym chciała, aby przetoka się wyciszyła i zaczęła w końcu się zamykać. Byłaby to dla mnie ogromną ulgą i ułatwieniem.


Uściski dla Was, Ewelina.

poniedziałek, 23 października 2017

Samodzielny tydzień

Dzień dobry Kochani,

piszę do Was tuż po zakończeniu przygotowań do nowego tygodnia pracy. Przede mną spore wyzwanie - cały tydzień nie będzie mojej Szefowej, bo wyjeżdża w sprawach służbowych do oddziału naszej firmy, który jest w Krakowie. Wyjeżdża też Paulinka, moja "nauczycielka". Choć obie będą pod telefonem zostaję na warcie sama. Nie powiem, że jest mi to obojętne - czuję, że wiem co mam robić, ale trochę stresuję się bo jednak jest cieć niepewności czy na pewno sobie poradzę.

Od ponad tygodnia mój brzuch jest niespokojny co nie ułatwia mi życia. Jestem zmuszona zmniejszyć dawki zażywanego żelaza - obawiam się, że to ono jest sprawcą kłopotów. Podobne problemy z brzuchem już kiedyś miałam. Wtedy myślałam, że to stres, ale odstawiłam preparat żelazowy i wszystko wróciło do normy. Oby tak było i tym razem. 

Proszę, trzymajcie za mnie kciuki. 

Ucałowania, 
Wasza Ewelina

poniedziałek, 16 października 2017

Jesienne smaki

Dzień dobry Kochani,

piszę do Was po pierwszym intensywnym tygodniu w nowej pracy. Chciałam się z Wami podzielić wrażeniami i nie tylko… ale to w dalszej części postu. Zacznę więc od tego, że zostałam bardzo ciepło i pozytywnie przyjęta – nie czułam się odebrana jako gorsza mimo iż nie ukrywam swojej niepełnosprawności. Moja bezpośrednia przełożona Pani Ania okazała się fantastyczną osobą, która wykazała ogromną wyrozumiałość i troskę podczas naszej rozmowy na temat moich ograniczeń – lęków, stomii, problemów z kolanem i charakterystyki choroby. Trochę się stresowałam przed tą rozmową. W firmie, w której pracuję konieczne jest poinformowanie bezpośredniego przełożonego o specyfice swojej choroby, by ten wiedział co może się wydarzyć i aby w razie potrzeby umiał pomóc. To dla mnie bardzo ważne, że zostałam wysłuchana i zrozumiana. Poczułam też, że moja Szefowa naprawdę we mnie wierzy i że mogę liczyć na jej pomoc w każdej chwili. Cieszę się też bardzo ze znajomości z Paulinką – dziewczyną, którą zastąpiłam na stanowisku. Wymieniłyśmy się numerami telefonów :) Paulina napisała mi ściągawkę z najważniejszych czynności, które obejmują moje obowiązki i również mimo awansu obiecała pomóc mi dopóki się nie wdrożę we wszystkim. Obecnie uczę się ludzi – w firmie pracuje sporo osób i chcę choćby ich powoli po wyglądzie kojarzyć. Nie martwię się jednak tym, że nie od razu spamiętam ich imiona, to niemożliwe w tak krótkim czasie. Jestem pod wrażeniem, bo dawno nigdzie nie czułam się tak spokojnie. Nie mam też problemu z godzinami pracy, bo zostały one dopasowane do moich potrzeb. Lucjan też nie robi obciachu. W pracy siedzi cicho, woreczki dobrze się trzymają, spray którego używam w toalecie, gdy muszę wypróżnić woreczek spisuje się wzorowo – zostawiam za sobą piękny waniliowy zapach. Jest dobrze, a wierzę, że z każdym dniem będzie tylko lepiej.

Pogoda w ten weekend się nie spisała – zapowiadane słońce i rozpogodzenie póki co się nie pokazało. Szkoda, bo jakoś tak trudno zebrać się w sobie rano, by wstać i działać na pełnych obrotach. Postanowiliśmy z Ukochanym przywołać trochę kolorów złotej polskiej jesieni. I to właśnie to drugie COŚ, czym chcę się z Wami podzielić. Jest to przepis na leczo w wersji mojej babci. Podam ilości składników na porcję dla dwóch  osób – ale tak naprawdę ich ilość można modyfikować dowolnie. I za to bardzo lubię to danie.

LECZO BABCI IRENKI – moje LECZO ZŁOTEJ POLSKIEJ JESIENI

Składniki:
- 1 pojedyncza pierś z kurczaka
- 2 średnie marchewki
- 1 średnia cebula
- 1 papryka czerwona
- 1 mała puszka kukurydzy
- keczup
- przyprawa do dań chińskich
- ryż

Wykonanie :
Najpierw szykujemy warzywne składniki - marchewkę kroimy w talarki, cebulkę siekamy drobno, paprykę kroimy w drobną kostkę i odsączamy kukurydzę. Mięso drobiowe kroimy w kostkę i wrzucamy na patelnię z małą ilością oleju i lekko rumienimy. Trwa to około 5 minut. W tym czasie na patelni ląduje również cebulka – powinna się delikatnie przeszklić. Po tym czasie wlewamy na patelnię wodę i wrzucamy marchewkę – całość przykrywamy i dusimy na niewielkim ogniu około 20 minut. Po upływie tego czasu dodajemy na patelnię paprykę, kukurydzę i keczup – ja używam pikantnego. Dolewamy też na patelnię ponownie nieco wody, bo podczas podduszania spora część z pewnością wyparowała. Do całości wsypujemy na patelnię przyprawę do dań chińskich i całość mieszamy. Na koniec wszystko wciąż podduszamy pod przykryciem przez około kwadrans – oczywiście w szybszej wersji można sos zagęścić wsypując łyżeczkę mąki, ale ja wolę odczekać aż sos odparuje i naturalnie sam zgęstnieje. Gdy sos jej gotowy przygotowuję ryż – porcję gotuję wedle instrukcji na opakowaniu. Tu mamy dwie możliwości – można ugotowany ryż wrzucić na patelnię i wymieszać z sosem, albo rozłożyć ryż na talerzach i na wierzch dać sos – ja preferuję ten drugi sposób, bo ładniej prezentuje się na talerzu, ale wybór sposobu podania pozostawiam Wam.




W tym daniu znajdziemy wszystkie kolory jesiennych liści – żółty, czerwony, pomarańczowy… i pikantną nutę rozgrzewającą żołądek i serce. Feeria barw na talerzu z pewnością przywoła uśmiech na waszych twarzach. Modyfikujcie przepis do woli, zgodnie ze swoim smakiem i wyobraźnią.

Korzystając z okazji pozdrawiam serdecznie ze Stolicy babcię Irenkę, która często w domu szykowała mi to pyszne danie.

Uściski i smacznego wszystkim,

Ewelina

niedziela, 8 października 2017

Nowe wyzwania

Witajcie,

piszę dziś do Was chcąc podzielić się swoją radością – udało mi się dostać pracę. Na rozmowie, o której już Wam pisałam wypadłam jak się okazało, bardzo dobrze i firma zdecydowała o zatrudnieniu właśnie mnie. Zaczynam pracę od jutra. Trochę się stresuję, lecz mocno wierzę, że wszystko  będzie dobrze. Z nerwów jednak trochę boli mnie brzuch i Lucjan nieco częściej się wypróżnia, więc częściej niż zwykle bywam w toalecie. Głównym źródłem stresu jest fakt, że na tym stanowisku potrzebny jest język angielski, a ja mimo iż sobie całkiem nieźle poradziłam na rozmowie nie czuję się zbyt pewnie w mowie. Cieszę się jednak, że mam obok siebie dobrych ludzi, którzy nieco mi pomogli – kuzynka wsparła w poszukiwaniu potrzebnych zwrotów, a dodatkowo ogromnie pomogła mi moja była anglistka ze studiów, abym  miała przydatne ściągawki na start, gdybym ze strachu zapomniała co i jak mam powiedzieć.

Ten tydzień przed pracą był zakręcony – musiałam zrobić zakupy, bo w moim miejscu pracy obowiązuje określony dress code: spódnice do kolan, koszule, legginsy czy eleganckie stonowane swetry, buty bez odsłoniętych palców. Nie wolno przyjść do pracy w dżinsach czy t-shircie, a ja tego typu ubrań, które są wymagane nieomal nie posiadałam. Jak się domyślacie zwyczajnie nie były mi potrzebne. Trudno było dobrać zwłaszcza legginsy – nie wiem czemu teraz panuje trend by miały one wysoki stan, co w przypadku woreczka, który może się napełnić i w ogóle w moim przypadku nie wchodzi w grę. Na szczęście po poszukiwaniach udało mi się znaleźć eleganckie legginsy z niskim stanem, dzięki którym będę się mogła czuć komfortowo w miejscu pracy. 

Musiałam też na spokojnie zrealizować swoje zlecenie na sprzęt stomijny – zabawnie się złożyło, że po czasie gdy miałam komplikacje teraz wracam do firmy, którą stosowałam prawie 3 lata i znowu worki tej marki się sprawdzają. No może nie zawsze, bo czasem gdy wypróżnienie jest zbyt gęste worek mi „wybija” i treść podcieka na skórę, ale nie jest to aż tak częste i takie wybicie może się zdarzać bez względu na to jakiej marki woreczek akurat mam, a wierzcie mi przetestowałam wszystkie dostępne marki. W sklepie medycznym jednak nie mieli ilości worków na trzy miesiące i dostałam tyle, ile było, a reszta dotrze kurierem. Trochę się martwię, o której będzie chciał przyjechać kurier, ale mam nadzieję, że uda mi się z nim telefonicznie dogadać.



Czuję się gotowa podjąć to wyzwanie, wierzę, że wszystko będzie dobrze, a Lucjan będzie grzeczny.

Proszę, trzymajcie za mnie kciuki.


Ślę Wszystkim pozdrowienia, Ewelina.

wtorek, 3 października 2017

Dzień dobry bardzo

Dzień dobry,

w te pierwsze październikowe dni chciałam się z Wami podzielić pozytywną wiadomością - 23 września udało mi się ukończyć studia podyplomowe na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu z oceną bardzo dobrą. Bardzo się cieszę, że mam już tę sprawę za sobą, bo ciążyła mi mocno ta obrona i bardzo marzyłam o dniu, kiedy skończę już ten etap życia.

Październik przywitał nas piękną i słoneczną złotą polską jesienią. Nie mogłam zmarnować tak przyjemnej pogody i wraz z Moim Mężczyzną wybrałam się na długi niedzielny spacer. Bardzo przyjemnie było obserwować jak przyroda powoli szykuje się do nowej pory roku. Wesoło też było pooglądać szalejące na placu zabaw dzieciaki. Wielu rodziców postanowiło aktywnie spędzić ze swoimi pociechami niedzielne popołudnie.

Pracy wciąż nie mam, ale miałam okazję całkiem niedawno być na rozmowie kwalifikacyjnej w dużej i bardzo poważnej korporacji. Rozmowa nie była łatwa. Najpierw przez godzinę rozmawiałam z panią z działu kadr, która przyjechała specjalnie na tę rozmowę z biura z Krakowa. Okazała się miłą i sympatyczną osobą, więc pierwszy stres momentalnie mnie opuścił. Ta część rozmowy poszła więc swobodnie i trwała w serdecznej atmosferze. Trudniejsza dla mnie była druga część rozmowy kwalifikacyjnej z osobą, która miałaby być moją bezpośrednią przełożoną. Trudność polegała na tym, że rozmawiałyśmy po angielsku, a ja nie czuję się zbyt mocna w tym języku. Mam wrażenie, że jednak nie poszło mi najgorzej. Wszystko rozumiałam i może niezbyt gramatycznie, ale byłam w stanie zrozumiale i względnie spójnie odpowiadać. Nie wiem jeszcze jaki będzie efekt tych moich starań, ale przyznam Wam, że i tak jestem z siebie dumna. Nie spanikowałam, mówiłam spójnie i ciekawie, wykazując się nieco swoimi umiejętnościami negocjacyjnymi. Udało mi się rozluźnić i w pełni zaufać sobie, i czym sama siebie zaskoczyłam – z moim angielskim chyba jednak nie jest tak dramatycznie, jak mi się wydawało :) Po zakończeniu rozmowy „moja mam nadzieję przyszła szefowa” stwierdziła, że trochę sama siebie dyskredytuję swoim lękiem, bo według niej nie jest tak źle, jak mi się wydaje. Dla mnie to był bardzo duży komplement – w końcu miałam przed sobą osobę, która już ma duże doświadczenie i sporo już osiągnęła w życiu. Na pożegnanie dostałam informację, że informacji o wyniku rozmowy mogę się spodziewać w ciągu tygodnia do dwóch. Nie zaprzątam więc sobie tym tematem głowy. Co ma być, to będzie, a ja chcę się cieszyć dzisiejszym dniem.
 
Wam również polecam korzystać z pięknej pogody. Jak tylko słońce znów się pojawi :)

Uściski, Wasza Ewelina

czwartek, 14 września 2017

Niemoc i sposób na nią


Dzień dobry Wszystkim,

ostatnio nie miałam najlepszego czasu – byłam jakaś odrętwiała, nieobecna. Czułam się potwornie zmarnowana i niezdolna do niczego. Od kilku dni jednak walczę o zmianę podejścia. To chyba brak słońca negatywnie na mnie wpłynął – uznałam, że najwyższa pora na zwiększenie suplementacji witaminy D – to jej niedobór często wpływa na spadek samopoczucia w chłodne jesienne dni.

Zmniejszyłam też do minimum spożywanie słodkości – to proste, wystarczy nie kupować słodyczy aby ich nie jeść. Zmieniłam słodycze na owoce: gruszki, jabłka, mandarynki. Częściej gotuję też kompot z mrożonych owoców. Maliny, truskawki, wiśnie, porzeczka i jabłko to fantastyczna kompozycja, którą bardzo polecam. Czasem też robię sobie lemoniadę z wody mineralnej, cytryn, pomarańczy i mięty (mam prosto z doniczki). Oprócz tego opracowałam sobie ramowy plan codziennej rutyny. Zdecydowanie poprawia mi nastrój, gdy mój dzień jest uporządkowany. W chaosie czuję się niepewnie i wpadam w prokrastynację – stan, w którym wykonanie ważnych czynności odkładamy cały czas na później i tak naprawdę nie robimy nic. To niebezpieczny i smutny stan, który z czasem może przerodzić się w lęk przed działaniem, a nawet depresję. Po prostu osoba zaczyna widzieć piętrzące się przed nią zadania, które się mnożą i zaczyna podejmować decyzję o niedziałaniu czując, że nie da sobie z niczym rady. Jedynym lekarstwem na taki stan jest robienie czegokolwiek, choćby czegoś prostego. To może być choćby umycie naczyń, nastawienie prania, wyprasowanie ubrań, spacer z psem. Kiedy działamy, najpierw nawet niepewnie i z nerwami, z czasem zaczynamy czuć się coraz lepiej bo na liście zadań do zrobienia możemy odhaczać kolejne zadania.

Odpowiednie porządkowanie działań od ważnych i pilnych, aż do nieważnych i niepilnych znacznie ułatwia życie. Niezbyt długa lista zadań bardzo pomaga podjąć działania nawet w momencie niechęci do robienia czegokolwiek, a satysfakcja z realizacji kolejnych podpunktów listy pomaga utrzymać się w radosnym stanie poczucia, że COŚ robimy i JAKOŚ działamy. Mi największą frajdę sprawia spojrzenie na listę zadań całkowicie pokreśloną – znaczy to że zrobiłam wszystko co zaplanowałam na dany dzień i mam chwilę dla siebie – od kilku dni staram się ją przeznaczać na ćwiczenia pod okiem Ukochanego, serial który lubię, herbatę i rozmowę z Rafałem albo lekturę czy to ciekawych artykułów, czy dobrej książki. Codzienny, przewidywalny plan dnia daje mi poczucie bezpieczeństwa i wewnętrznego spokoju. Wiem, że mój dzień jest poukładany i wypełniony zajęciami. Dzięki temu nie mam czasu na odrętwienie czy dziwne myśli kłębiące się w głowie kiedy człowiek nie do końca wie co ze sobą zrobić. Teraz na przykład jest pora pisania dla Was artykułu i właśnie to robię. Jestem już po ćwiczeniach i miłej herbacie z moim mężczyzną. Po napisaniu artykułu mam w planach zabawę z naszym Uszakiem. Swoją drogą ten mały Jegomość ostatnio przestał gubić futro i nabrał apetytu. Musimy go pilnować, aby przypadkiem nie przytył. Króliki mają skłonność do tycia i dlatego trzeba je regularnie ważyć i ograniczać nadmierne jedzenie. A co do futra – trochę martwimy się o nadchodzącą zimę – skoro Uszek już teraz gromadzi futro, mało się go wyczesuje i mało leci to kto wie, może tegoroczna zima będzie naprawdę mroźna? Czas oczywiście pokaże jak będzie ale mamy z Rafałem takie przemyślenia, że może nasz zwierzak wyczuwa jak to będzie tego roku. Królik to też niezły terapeuta – nie narzuca się, ale jest, zwłaszcza wieczorem, kochanym małym przytuliskiem, który rozdaje buziaki i mocno się tuli. Właśnie przyszedł więc pora na dziś się pożegnać.

Dobrego dnia dla wszystkich czytających i serdeczności,
Wasza Ewelina

poniedziałek, 11 września 2017

Stoję w przecinku czekając na wykrzyknik


Dzień dobry wszystkim,

z dobrych wieści - pani promotor zaakceptowała moją pracę. W tym tygodniu wydrukowałam ją i wysłałam do Poznania. Mam już umówiony termin obrony – jadę na Uniwersytet Ekonomiczny bronić się 23 września. Cieszę się, że temat studiów podyplomowych uda mi się zamknąć już niedługo. To coś, co cały czas musiałam mieć gdzieś z tyłu głowy, a nie miałam sił by temat domknąć, czyli napisać pracę i rozwiązać test. Ale już za chwilę to za mną.

Z trochę gorszych wieści – wciąż nie znalazłam pracy. Byłam na kilku rozmowach: w kawiarence odpowiedź dostanę dopiero początkiem października, w klubie fitness dla dzieci i mam sama nie wiem kiedy dostanę odpowiedź. Właścicielka zareagowała na mnie dość entuzjastycznie. Być może możliwe byłoby zatrudnienie na pół etatu, ale póki co zero konkretów. Obiecała jednak się odezwać, więc zostawiłam jej CV z moim numerem, podziękowałam za spotkanie i pozostaje mi tylko czekać na kontakt z jej strony. Znalazłam też pewną Fundację wspierającą osoby niepełnosprawne, które chcą znaleźć zatrudnienie w urzędach m.st. Warszawa. Skontaktowałam się z nimi i wysłałam CV. Dziś nawet miałam miły telefon od Pani z Fundacji, która chciała dopytać mnie o szczegóły – które urzędy mnie interesują, dlaczego, jaki mam typ niepełnosprawności i tak dalej. Udzieliłam jej wszelkich informacji wyczerpująco, ona zaś obiecała mi, że gdy będzie w interesującym mnie urzędzie jakieś miejsce zadzwoni do mnie trener zawodowy, który zajmuje się danym rewirem Warszawy.

Czuję, że trochę tracę rozpęd. Oczywiście na kupionej skakance sobie skaczę, staram się nie zalegać w łóżku zbyt długo, wykonuję wszelkie domowe obowiązki wzorowo, ale gdzieś w środku czuję pustkę. Wiem, że zła karta w końcu musi się obrócić, a po każdej burzy wychodzi w końcu słońce, ale ja na to słońce czekam już baaardzooo długo i chwilami przestaję wierzyć, że ono w ogóle nadejdzie. Popadam w stagnację, niechęć do działania i trudno mi z tym walczyć. Na szczęście niedługo znowu odwiedzę dom, co prawda tylko na trzy dni, ale dobre i to.

A zmieniając trochę temat - uwierzycie, że żeby dowiedzieć się dostępność pani doktor (recepty, ah, kochane recepty) dzwoniłam do przychodni aż 50 razy? A to numer zajęty, a to niedostępny, a to znowu nikt nie podnosi słuchawki. Czyste szaleństwo. Nie wiedziałam, że może być aż tak trudno dodzwonić się na rejestrację. Ciągle uczę się, że to jest duże miasto i nie dodzwonię się za drugim razem jak w moim Tarnowie. Ale aż 50 razy to już ogromna przesada. I w zasadzie trzeba wisieć na telefonie i po prostu próbować, bo inaczej się nie da. Zeszła mi ponad godzina, tylko po to, by dowiedzieć się, że dziś co prawda pani doktor powinna być, ale jej nie będzie i mam dzwonić jutro, bo jutro ma być w godzinach 14-18. A dziś jeszcze nie wiadomo czy będzie, czy jednak odwoła dyżur. Mam nadzieję, że do środy uda mi się do niej dostać i wziąć recepty, bo w Tarnowie chciałam wykupić leki w taniej aptece.

Pogoda za oknem trochę męczy – brakuje jasności dnia, bure chmury płyną po niebie padając na świat mocnym deszczem i już nie wiadomo za czym płaczą chmury – czy za latem, bo odchodzi czy już z melancholii jesiennej. Jedynym skutecznym przepisem dla mnie dziś jest herbata z miodem i cytryną. Warto wiedzieć, że jeśli chcemy, by cytryna i miód zachowały swoje właściwości herbatę powinniśmy zaparzyć bez dodatków, później odczekać aż napój nieco ostygnie a dopiero później do ostudzonego płynu dodać cytrynę i miód – tylko wtedy wszystkie zdrowotne właściwości zostaną w dodawanych produktach zachowane.

Życzę Wam sił, optymizmu i proszę o kciuki za poprawę moje nastroju.
Uściski, Ewelina.