poniedziałek, 11 września 2017

Stoję w przecinku czekając na wykrzyknik


Dzień dobry wszystkim,

z dobrych wieści - pani promotor zaakceptowała moją pracę. W tym tygodniu wydrukowałam ją i wysłałam do Poznania. Mam już umówiony termin obrony – jadę na Uniwersytet Ekonomiczny bronić się 23 września. Cieszę się, że temat studiów podyplomowych uda mi się zamknąć już niedługo. To coś, co cały czas musiałam mieć gdzieś z tyłu głowy, a nie miałam sił by temat domknąć, czyli napisać pracę i rozwiązać test. Ale już za chwilę to za mną.

Z trochę gorszych wieści – wciąż nie znalazłam pracy. Byłam na kilku rozmowach: w kawiarence odpowiedź dostanę dopiero początkiem października, w klubie fitness dla dzieci i mam sama nie wiem kiedy dostanę odpowiedź. Właścicielka zareagowała na mnie dość entuzjastycznie. Być może możliwe byłoby zatrudnienie na pół etatu, ale póki co zero konkretów. Obiecała jednak się odezwać, więc zostawiłam jej CV z moim numerem, podziękowałam za spotkanie i pozostaje mi tylko czekać na kontakt z jej strony. Znalazłam też pewną Fundację wspierającą osoby niepełnosprawne, które chcą znaleźć zatrudnienie w urzędach m.st. Warszawa. Skontaktowałam się z nimi i wysłałam CV. Dziś nawet miałam miły telefon od Pani z Fundacji, która chciała dopytać mnie o szczegóły – które urzędy mnie interesują, dlaczego, jaki mam typ niepełnosprawności i tak dalej. Udzieliłam jej wszelkich informacji wyczerpująco, ona zaś obiecała mi, że gdy będzie w interesującym mnie urzędzie jakieś miejsce zadzwoni do mnie trener zawodowy, który zajmuje się danym rewirem Warszawy.

Czuję, że trochę tracę rozpęd. Oczywiście na kupionej skakance sobie skaczę, staram się nie zalegać w łóżku zbyt długo, wykonuję wszelkie domowe obowiązki wzorowo, ale gdzieś w środku czuję pustkę. Wiem, że zła karta w końcu musi się obrócić, a po każdej burzy wychodzi w końcu słońce, ale ja na to słońce czekam już baaardzooo długo i chwilami przestaję wierzyć, że ono w ogóle nadejdzie. Popadam w stagnację, niechęć do działania i trudno mi z tym walczyć. Na szczęście niedługo znowu odwiedzę dom, co prawda tylko na trzy dni, ale dobre i to.

A zmieniając trochę temat - uwierzycie, że żeby dowiedzieć się dostępność pani doktor (recepty, ah, kochane recepty) dzwoniłam do przychodni aż 50 razy? A to numer zajęty, a to niedostępny, a to znowu nikt nie podnosi słuchawki. Czyste szaleństwo. Nie wiedziałam, że może być aż tak trudno dodzwonić się na rejestrację. Ciągle uczę się, że to jest duże miasto i nie dodzwonię się za drugim razem jak w moim Tarnowie. Ale aż 50 razy to już ogromna przesada. I w zasadzie trzeba wisieć na telefonie i po prostu próbować, bo inaczej się nie da. Zeszła mi ponad godzina, tylko po to, by dowiedzieć się, że dziś co prawda pani doktor powinna być, ale jej nie będzie i mam dzwonić jutro, bo jutro ma być w godzinach 14-18. A dziś jeszcze nie wiadomo czy będzie, czy jednak odwoła dyżur. Mam nadzieję, że do środy uda mi się do niej dostać i wziąć recepty, bo w Tarnowie chciałam wykupić leki w taniej aptece.

Pogoda za oknem trochę męczy – brakuje jasności dnia, bure chmury płyną po niebie padając na świat mocnym deszczem i już nie wiadomo za czym płaczą chmury – czy za latem, bo odchodzi czy już z melancholii jesiennej. Jedynym skutecznym przepisem dla mnie dziś jest herbata z miodem i cytryną. Warto wiedzieć, że jeśli chcemy, by cytryna i miód zachowały swoje właściwości herbatę powinniśmy zaparzyć bez dodatków, później odczekać aż napój nieco ostygnie a dopiero później do ostudzonego płynu dodać cytrynę i miód – tylko wtedy wszystkie zdrowotne właściwości zostaną w dodawanych produktach zachowane.

Życzę Wam sił, optymizmu i proszę o kciuki za poprawę moje nastroju.
Uściski, Ewelina.



środa, 6 września 2017

Życie jest fajne

Cześć,

postanowiłam Wam dzisiaj podrzucić trochę pozytywnych emocji. Co prawda wciąż szukam pracy i jest to dla mnie duże wyzwanie, ale nie poddaję się wierząc, że znajdę coś dla siebie. Dziś nawet odważyłam się wysłać swoje CV wraz z pracą licencjacką jako listem motywacyjnym do pewnej firmy mającej swoje biuro niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Firma zajmuje się na co dzień szeroko zakrojonymi badaniami marketingowymi na rynku aptecznym i farmaceutycznym. Mam nadzieję, że zainteresuje ich mój list motywacyjny i chęć pracy choćby na rocznym stażu. A firmę tę znalazłam zupełnie przypadkiem podczas pisania swojej pracy podyplomowej. Przyszła już najwyższa pora by zakończyć ten etap w życiu, który mocno mi ciążył. Jednak przez długi czas nie czułam się
na siłach by napisać tę krótką pracę. Gdy poczułam przypływ energii jak zwykle zwróciłam się z prośbą do pana profesora Henryka Mruka z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Jak zawsze nie zawiódł i posłużył mi swoją radą, pomocą i doświadczeniem. Wysłałam już swoją dwudziestoczterostronicową pracę do oceny mojej promotor. Wiem, że efekt końcowy nie jest idealny i na pewno mogłabym napisać tę pracę pewnie lepiej, może dokładniej, ale zwyczajnie nie mam do tego głowy. W moim życiu tak wiele się dzieje i tak liczne są niewiadome, że chcę obronić pracę podyplomową choćby na dobry, nie musi być celujący. Pracy jeszcze trochę przede mną. Muszę rozwiązać testy zaliczeniowe i wysłać je kierownikowi naszego roku oraz przygotować pięcio-siedmiominutową prezentację, którą następnie muszę nagrać i również udostępnić do oceny Doktorowi Markowi. Jeśli starczy mi weny to jeszcze dziś mam w planach rozwiązanie testów niezbędnych do dopuszczenia mnie do obrony pracy podyplomowej. Trochę po cichutku liczę na to, że obrona mojej pracy odbędzie się najpóźniej w drugiej połowie września. Pani promotor pocieszyła mnie, że taka opcja jest jak najbardziej możliwa. Teraz póki co pozostaje mi czekać na uwagi. Mam nadzieję, że moja praca jest do zaakceptowania.


Pijąc herbatę czytam sobie Marketing przy Kawie. To świetna strona internetowa dla ludzi, którzy ciekawią się tematyką marketingu nie tylko farmaceutycznego i aptecznego a chcą być na bieżąco w pojawiających się nowinkach. Po chwili odpoczynku w planach mam wzięcie się za test – wcale nie jest on taki prosty i oczywisty zwłaszcza, że składa się nie tylko z pytań zamkniętych. Tych otwartych obawiam się najbardziej ale mam nadzieję, że pójdzie mi dobrze. Pogoda za oknem niezbyt napawa optymizmem. Gdy do was piszę tego wrześniowego popołudnia temperatura na zewnątrz nie przekracza 15 stopni, synoptycy w radiu zapowiadają silne opady w Warszawie, za oknem ciągle mokro, bezsłonecznie ogólnie rzecz ujmując niezbyt przyjemnie. Ja zaś postanowiłam umilić sobie dni – po pierwsze cały czas towarzyszy mi Nasz uszak Wibrys – zaobserwowaliśmy z Rafałem, że zaczął zmieniać futerko na grubsze i gubi o wiele mniej sierści, a przy głaskaniu wyczuwalna jest lekka szorstkość. Wibrys zrobił się też aktywniejszy, bo króliki o wiele lepiej czują się w niższych temperaturach. Obojgu nam to odpowiada. Uszak więcej szaleje z nami, przykryty kocem „kopie tunel” bawiąc się przy tym znakomicie wręcz zachęca noskiem by tworzyć mu „norki” do kopania. Więcej też przebywa z nami, chętniej dokazuje i szaleje. To ogromna radość obserwować go tak radosnego, miziastego i przytulastego. Całuski rozdaje namiętnie i dużo więcej niż w leniwe, letnie, upalne dni. 


Oprócz tego zaplanowałam powrót to radości z czasów gdy byłam małą dziewczynką i dzisiaj jadę kupić sobie skakankę :) Rozpiera mnie energia na samą myśl o skakaniu sobie w pokoju podczas słuchania ulubionej muzyki czy podczas oglądania jakiegoś ciekawego programu w telewizji. O dziwo takie czasem się jeszcze w telewizji udaje znaleźć, choć najczęściej można je zobaczyć tylko na kanałach naukowych czy poświęconych przyrodzie odległych zakątków świata. Jak widzicie zatem dużo się w mojej głowie dzieje i potrzebuję zamknąć sprawę studiów, by oddać się w pełni swojemu życiu. Pragnę uczynić je pełnym uśmiechu, radosnym i barwnym. I głęboko wierzę w to, że mi się ta sztuka uda.

Na koniec chcę się podzielić z Wami piosenkami, które ostatnio słucham z ogromną przyjemnością: Thunder zespołu Imagine Dragons oraz Ed Sheeran – Galway Girl. Oba teledyski są zrobione w sposób bardzo przyjemny dla oka. Naprawdę warto je zobaczyć :)

Z pozdrowieniem i życzeniem słońca w sercu,

Wasza Ewelina

piątek, 1 września 2017

Falstart

Cześć Kochani,

na zewnątrz powoli robi się już jesiennie – temperatury nie przekraczają 20 stopni, za oknami jest wietrznie, pochmurno, a nawet deszczowo. Ja jednak cieszyłam się bardzo na początek września – zdawało się bowiem, że w końcu znalazłam dobrą pracę. Może nie miało to być nić górnolotnego – ot, pracownik kasy w sklepie spożywczym, ale byłam jeszcze przed sierpniowym odwiedzeniem Tarnowa na kilku dniach szkoleniowych i szło mi naprawdę nieźle. Byłam więc z siebie zadowolona. Poza tym praca w tym miejscu miała naprawdę dużo plusów – nienajgorszy „socjal”, bliska odległość od domu, fajne kierownictwo, zrozumienie i naprawdę sympatyczna atmosfera pracy. Stwierdziłam więc, że póki co mam dosyć szukania na siłę pracy w jakimś odległym biurze. Spodobałam się i etat miałam jak w banku. Niestety, gdy dziś powinnam być w pracy piszę dla Was ten wpis. Niestety za dużo mi się wydawało – w kwestii wymagań i lekkości tej pracy, a rzeczywistość szybko ustawiła mnie do pionu. Rano jeszcze nie było źle – zjadłam z Ukochanym śniadanie, Lucjan wzorowo się wypróżnił aby później w pracy siedzieć cicho, wypiłam spokojnie pyszną herbatę z cytryną, spakowałam drugie śniadanie… Rafał nawet zawiózł mnie do pracy. Dzień zaczął się więc wyśmienicie.

Na miejscu udałam się do szatni, by założyć służbową koszulkę i odłożyć część swoich rzeczy – parasol pod dachem nie jest mi do niczego potrzebny. Gdy siadałam do kasy, by obliczyć ile przed otwarciem sklepu mam gotówki, pani kierownik początkowo chciała mi kazać wrócić się i odnieść dużą torebkę, ale gdy wyjaśniłam jej, że mam tam potrzebny sprzęt stomijny potraktowała mnie wyrozumiale. Trochę się stresowałam licząc ładnych kilka tysięcy złotych, ale inna koleżanka z pracy życzliwie mi pomogła i uśmiechem oraz spokojnym podejściem pomogła mi się wyciszyć. Tak przygotowana zaczęłam przyjmować pierwszych klientów – nieco nieporadnie kasowałam ich zakupy, ale każdy z nich był sympatycznie nastawiony gdy mówiłam, że to mój pierwszy samodzielny dzień na stanowisku pracy. Niestety, jednak w pewnym momencie poczułam, że coś jest źle – na początku myślałam, że to jakieś psikusy Lucjana i że zaraz mi przejdzie, ale ból się nasilał. Sprawdziłam worek i wtedy zobaczyłam, że mój brzuch nieco puchnie i boli. Wystraszyłam się nie na żarty, ale szybko skojarzyłam co może być przyczyną problemu – przez kilka godzin siedziałam i przerzucałam zakupy klientów – a to kilka kilogramów ziemniaków, a to zgrzewka wody mineralnej, a to ciężka główka kapusty. Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo to odczuję. Kulminacją bólu brzucha była sytuacja, gdy pewna kobieta w ciąży zemdlała mi przed kasą i ja oczywiście wyskoczyłam do niej, by jej pomóc. Wtedy dołożyłam sobie już dokumentnie. Potrzebowałam przerwy. Na szczęście koleżanka z kasy obok już wróciła ze swojego przerwy i ja byłam następna. Czując, że chce mi się płakać z bólem obsłużyłam ostatnich pięcioro klientów po czym uciekłam do łazienki. Brzuch bolał bardzo. Nieco spanikowana zadzwoniłam od razu do swojego lekarza. Powiedział mi, że absolutnie nie mogę tyle dźwigać i że praca na kasie nie jest dla mnie. Sugerował bym wróciła do domu i kilka dni nic nie dźwigała, a wszystko się uspokoi. Powiedział, że praca dla mnie to raczej stanowisko biurowe, niewymagające takiego dużego i długotrwałego wysiłku fizycznego. Później informacja dla ukochanego i… Cóż było począć – obolała i przygarbiona ze smutkiem poszłam przekazać tę informację pani kierownik zmiany. Oczywiście nie była zadowolona z tej sytuacji, bo będzie zmuszona zmieniać grafik, ale potraktowała moją sprawę ze zrozumieniem. Musiałam po przerwie i chwili na złapanie oddechu pójść zamknąć kasę – policzyć czy nie brakuje nim kasę przejęła inna osoba. To bardzo ważne w tym zawodzie, bo ponosi się odpowiedzialność finansową. Ja zaś po przekazaniu poszłam najpierw się przebrać do szatni i do pań w kadrach by powiedzieć, że praca jest dla mnie fizycznie zbyt ciężka i że nie mogę jej wykonywać. Nawet tam zostałam potraktowana z ogromnym zrozumieniem. Jedna pani nawet mnie uściskała życząc zdrowia i obiecała, że zostawią sobie moje cv, bo jeśli zwolni się jakieś stanowisko biurowe będę pierwszą kandydatką, którą mają już sprawdzoną. 

Taki to był mój trochę falstart – już wskoczyłam, ale zbyt pewnie i zbyt szybko na te wody, a one okazały się dla mnie zbyt wartkie i zbyt wymagające. Nie żałuję tego doświadczenia. Cieszę się, że świetnie sobie radziłam na szkoleniu i kolejny raz zostawiam po sobie dobre wrażenie. To też jest w pewnym stopniu motywacją do tego, by się nie poddawać, a według mnie to doświadczenie jest też dla mnie lekcją. Już wiem jakiej pracy szukać, a w co się nie pakować. Opuchnięcie okolic brzucha już ustąpiło, ale przez kilka dni będę się oszczędzać w kwestii dźwigania i wszystko wróci do normy. Na szczęście z Lucjanem wszystko okay i nie zrobiła mi się żadna przepuklina. Wierzę, że niebawem znajdę pracę, w której będę sobie dobrze radzić i która będzie dla mnie doskonała. Póki co serdecznie Was wszystkich pozdrawiam razem z Wibrysem, który nieco zaskoczony, że jestem tak wcześniej w domu przytula się do mnie.


Uściski,

Ewelina

wtorek, 29 sierpnia 2017

Trochę poezji do kawy







Jeśli macie chwilę zapraszam Was do poczytania kilku moich wierszy.
Zaparzyłam kilka wierszy – jeszcze ciepłe.
Mam nadzieję, że sprawią Wam one przyjemność i umilą chwilę przy ciastku, aromatycznym napoju – że ubogacą wam odpoczynek.



Zdziwienie
Kiedy wychodzę za przecinek,
a
wpadam na wykrzyknik
bez kropki.

Spostrzeżenie
Rano zegarek przedstawił się godzinę do
przodu.
Za szybko gonił się nocą z Czasem.
Zaburzenie percepcji odbioru
rzeczywistości
obudziło mi Wyspanie jakoś
bardziej i lepiej.
Hasztag #LikeIt znad ręki
ośma o siódmej.
Wake up.

Dziękuję BEZ
Zadrżała mi dziś Radość pod gardłem.
Struna serca pograła pierwsze skrzypce
mimo, że zmęczona. Droga podeszła pod
stopy – są ludzie, którzy nie bolą. Niebo jest
dziś różowe. Zrozumienie pachnie bzem.
Jest pięknie. Drogowskaz jasny. Nie STOP.

***
Myślę o Nas
przed snem...
to musi mi wystarczyć
Pod(kocem)
Twoją (Nie)obecność obok...

***
Twoja ciepła obecność
szeleści w mojej pościeli...
Zostań chwilę dłużej
Zostań na zawsze
Zostań jeszcze...
Subtelność
Patrzę w Jego oczy
lśnią jeziora głębiną,
czuję spokój,
tonę w tym spojrzeniu...
Między nami cisza pełna
zrozumienia...
Tu rozmową jest
dotyk,
bliskość,
chwila Tu i Teraz...
Wargi czerwone
po pocałunkach nabrzmiałe
jak maki na łące...
Słońca promienie
bezwstydnie dotykają swymi palcami
nagości ciała...
Po upalnej nocy
gorąca kawa i tosty
na wspólnym stole...
Pełna harmonia
między Nami...
Miłość -
jedno słowo
w tysiącach drobnych
gestów odnalezione...

Dziękuję, że jesteście. Mam nadzieję, że miło się Wam czytało.
Pozdrawiam, Ewelina

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Krynica


Od razu po śniadaniu zebraliśmy się na nasz trzydniowy wyjazd. Podróże po Polsce to ogromna przyjemność. Wszędzie mnóstwo zieleni, górki, doliny, pola, łąki, piękne domy. Zielony relaks dla oczu, serca i duszy. Spakowaliśmy się razem do jednej walizki, bo przecież to tylko kilka dni. Na początku miałam trochę wątpliwości czy ten wyjazd jest dobrym pomysłem, bo przez to spędzę z rodzicami mniej czasu, ale prawda jest taka, że tego wyjazdu zwyczajnie potrzebowaliśmy. Te trzy dni bardzo dobrze nam zrobiły. Mimo iż pogoda nie do końca nam dopisała – często zdarzały się przelotne opady deszczu, dni były dosyć chłodne, słońca było mało, a temperatury nas nie rozpieszczały – wypoczęliśmy. Przede wszystkim miejsce, w którym zarezerwowaliśmy pokój faktycznie było wzorowe: schludny, czysty pokój oraz komfortowa łazienka od razu na wejściu wywołały uśmiech. Obsługa zajazdu również okazała się być bardzo sympatyczna. 



Te trzy dni to dla mnie przede wszystkim aktywność. Mnóstwo czasu spędziliśmy na wielogodzinnych spacerach i toczonych podczas nich rozmowach. Udało mi się mimo problemów z kolanem wejść na górę Parkową i z niej zejść. Dla mnie to kolejne pokonanie przeszkody zdrowotnej. Kilkukrotnie odwiedziliśmy też pijalnie zdrowotnych wód, by choć trochę wesprzeć nasze organizmy. Fajnym doświadczeniem, z którym dawno nie miałam do czynienia było jedzenie obiadu codziennie gdzie indziej. Udało nam się odwiedzić również dosyć popularną pijalnię czekolady, która opiera swoją historię na osobie samego Jana Kiepury. Swoją drogą mieliśmy okazję zobaczyć również dosyć znany pomnik tego artysty. Bardzo mi żal, że w natłoku spacerów nie udało nam się wygospodarować czasu na odwiedzenie Muzeum Zabawek, ale obiecaliśmy sobie, że gdy następnym razem odwiedzimy tę piękną miejscowość uzdrowiskową, nadrobimy to.



Do Krynicy nie pojechałam jednak z założeniem poznawania jej historii. Chciałam po prostu pospacerować zakamarkami tego pięknego miasta zdrojowego, chłonąć atmosferę tego miejsca, zapomnieć na chwilę o problemach i troskach, a także by zjeść pyszne, wykonywane rzemieślniczą metodą lody w lodziarni, do której trzeba swoje odczekać w kolejce. Ponieważ Krynica Zdrój leży niedaleko granicy słowackiej udało mi się zaopatrzyć w kilka produktów oraz łakoci na, które od dawna miałam ochotę, lecz z powodu dużej odległości do granicy nie było możliwości zrealizowania zakupów. Tradycyjnie już kupiłam sobie też kilka pocztówek, które dołączyłam do mojej kolekcji. Lubię klimat takich miejsc jak Krynica Zdrój – można tu odczuć wręcz sanatoryjny spokój i relaks. Widać, że nikomu nigdzie się nie spieszy i wszyscy się do siebie życzliwie uśmiechają i odnoszą, nawet jeśli to zupełnie obcy ludzie mijani na szlaku na górę Parkową. Z przyjemnością obserwowaliśmy też z Narzeczonym starsze osoby, które przyjechały do Krynicy Zdroju, by podreperować swoje zdrowie i wieczorową porą wybierały się na dancingi. Tak, w Krynicy odbywają się tego typu zabawy. Pięknie wystrojone Panie, trochę jakby nie z tej epoki i eleganccy starsi Panowie niekiedy już z laseczkami szli wypachnieni do restauracji, gdzie odbywały się zabawy. Pomyślałam sobie patrząc często na pięknie przystrojone małżeństwa, idące razem pod rękę, że chciałabym w ich wieku również być tak bardzo zakochana w swoim Ukochanym, by nasza miłość wciąż kwitła i byśmy razem spacerowali czy to po parku, czy po Krynicy, patrząc sobie w oczy z ogromną troską, miłością i czułością. Mam jednak wrażenie, że Krynica Zdrój to wspaniałe miejsce, gdy chcemy się na chwilę zatrzymać, ale jeśli jesteśmy żądni wrażeń ta miejscowość ich Nam nie da. Spacerując dostrzegliśmy, że po godzinie 18 ciężko gdziekolwiek pójść na kawę. My chodziliśmy od drzwi do drzwi i nie znaleźliśmy o tej porze żadnego miejsca, w którym moglibyśmy napić się kawy i zjeść ciastko. Być może w lipcu czy czerwcu godziny otwarcia lokali były dłuższe, ale teraz właściwie o 19-20 Krynica zasypia – zamyka się w kilku miejscach gdzie odbywają się dancingi, reszta miasta wycisza się i zapada w sen. Jeszcze o 20 w centrum przy ogromnej fontannie odbywa się kilkuminutowy pokaz świetlny z muzyką w tle. Ale później robi się cicho i śpiąco w Krynicy.



Lecz to piękne miejsce i by odpocząć, podładować baterię, zimą pewnie na narty czy sanki – w każdej porze roku Krynica to piękna miejscowość do odwiedzin.

My oboje bardzo Wam ją polecamy.

piątek, 18 sierpnia 2017

Porannie

Lubię budzić się i wstawać o poranku. Może nie jest to 5-6 rano, jak w książce "Fenomen poranka", ale poranki są mi bliskie. Jestem typowym skowronkiem – wstaję rano i kładę się spać najpóźniej o 22, bo zwyczajnie mój organizm o tej porze już jest śpiący. Nie lubię siedzieć późno nocami. Wchodzi to w grę jeśli spotykam się z dawno niewidzianymi znajomymi, ale żebym miała pracować nad ważnym zadaniem w późnych godzinach nocnych – to nie jest wykonalne. W nocy budzi mnie czasem pomysł na wiersz, który zawsze wtedy szybko zapisuję w notatniku w telefonie, ale nie jestem typem nocnego marka, sowy.

Gdy jestem w domu przed godziną siódmą rano lubię być już ubrana, mieć od 6 wybieganego królika i iść na spacer z Łatkiem. Cały dom jeszcze śpi, gdy cichutko wymykam się do garażu, gdzie śpi nasz psiak i biorę go na poranny spacer. Bardzo lubię wędrować po Mościcach, gdy te budzą się do pracowitego dnia – ktoś idzie do sklepu po bułki, dzieci wakacyjnie jeszcze śpią, niektórzy zbierają się do pracy, a inni tak jak ja wyciągają na spacer swoich czworonożnych przyjaciół. Poranek ma swój specyficzny nastrój spokoju, który bardzo mi odpowiada i dobrze mi robi. Lubię poranny chłód przed całodziennym gorącem letniego dnia. 


Chodząc ulicami oglądam ogrody i piękne domy mieszkańców Mościc rozmarzona, że i ja kiedyś wrócę do swojego rodzinnego miasta i zamieszkam w jakimś domu niedaleko rodziców. Trudno mi zrozumieć samą siebie sprzed lat, gdy w kłótni okresu nastoletniego buntu odgrażałam się rodzicom, że jak tylko będę mogła wyjadę gdzieś daleko od nich. Dziś faktycznie mieszkam ponad 300 km od rodzinnej miejscowości i wcale mnie to nie cieszy tak bardzo, jak wtedy to sobie wyobrażałam. Na szczęście ze zdrowiem nie jest źle - worków stomijnych wystarcza mi z limitu na tyle, że od czasu do czasu mogę jeszcze pomóc komuś w potrzebie; przetoki stopniowo się goją; odporność trzyma się na właściwym poziomie; udaje mi się też opanować moje problemy emocjonalne – zwłaszcza lęki. Czasem mnie jeszcze dopadają w Stolicy, ale mój Ukochany dobrze wie jak w takich chwilach mi pomóc, bym wróciła do stanu równowagi.

Przemyślałam też kwestię pracy i podjęłam decyzję – nie będę pracować w korporacji – mam możliwość zarobków na podobnym poziomie w sklepie jako kasjer, gdzie mam dużo bliżej. Atmosfera jest tam miła, koleżanki z pracy pomocne, kierowniczka rozumie moją niepełnosprawność i obiecała być zawsze otwarta gdybym tylko potrzebowała pomocy. Może stanowisko kasjera nie jest tak prestiżowe jak stanowisko pracownika kancelarii w dużej firmie, ale w tej chwili potrzebuję dużo spokoju. 

Wierzę, że może w przyszłym roku uda się dojść do momentu operacji zespolenia, a co za tym idzie usunięcia stomii. Postawiłam więc na zadbanie o siebie – kupiłam kilka potrzebnych suplementów, bo chcę po powrocie do Warszawy zacząć bardziej dbać o zdrowie swoje i Ukochanego. Chcemy ograniczyć maksymalnie słodkości w diecie, zwiększyć ilość owoców i warzyw, i wprowadzić do diety więcej miodu (dobrze robi nam obojgu, zwłaszcza spadziowy). Chcemy też zmniejszyć ilość mięsa w diecie – zwłaszcza smażenie ograniczyć do minimum. Macie jakieś fajne przepisy na proste, szybkie, niedrogie i zdrowe dania? Jeśli tak, podzielcie się nimi w komentarzach czy przez fundację – nie jest to takie proste znaleźć dobre, proste, szybkie i niedrogie przepisy – liczę na Was. Póki co spaceruję z psiakiem i czuję, jak moje ukochane miasto napełnia mnie pozytywną energią i dobrym nastrojem. Po powrocie do domu mam w planach zaparzyć sobie pyszną herbatę z cytryną i miodem. Dochodzi już 8. więc pewnie mój dom rodzinny też powoli budzi się do życia.

Pozdrawiam Was wszystkich i życzę równie miłych poranków, jak mój dzisiejszy.

Dobrego dziś, Ewelina.

środa, 16 sierpnia 2017

Urodzinowo

Witajcie!

Obiecywałam sobie, że w tym roku nie będę robić żadnych urodzin. To 26. Ani okrągłe, ani specjalne. Będąc już w domu nie wyobrażałam sobie jednak nie kupić tortu, ciasteczek i nie zaprosić kilkorga najbliższych i spędzić miło ten dzień. 



Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. W ukochanej tarnowskiej cukierni zamówiłam jogurtowo–lodowy brzoskwiniowy tort, dobrałam też pyszne ciastka. Oczywiście z Rafałem nie mogliśmy sobie odmówić zjedzenia pysznych lodów na miejscu. Są najlepsze w mieście. Pogoda była w sam raz – nie za gorąco, nie za zimno. Idąc z tortem do domu powiedziałam Ukochanemu, że w sumie to chcę troszkę poświętować. W końcu każdy powód jest dobry, jeśli prowadzi do radości. Rodzina bardzo miło mnie zaskoczyła – była siostra, rodzice, obie babcie, dziadek, dwie ciocie, kuzynka, chrzestna mama, mali kuzyni też przyszli. To spotkanie ze wszystkimi przy jednym stole dało mi naprawdę dużo radości. 

Siostra podsunęła mi też pomysł, by choć na kilka dni wyjechać z Rafałem do Krynicy Zdrój. Na początku byłam trochę sceptyczna, ale w sumie siostra ma rację – w zasadzie już od dawna nigdzie nie wyjeżdżałam z Ukochanym, bo ciągle są sprawy ważniejsze od naszego odpoczynku. Siostra jednak ma rację. W Krynicy była już ze swoim chłopakiem i miała wypatrzony hotel, w którym moglibyśmy przenocować. Klaudia dobrze wie, jak ważna jest dla mnie czysta i schludna łazienka, a tam gdzie siostra już była miałam pewność, że miejsce jest już sprawdzone. Trochę spontanicznie zdecydowaliśmy, że jedziemy i zamówiliśmy pobyt z dwoma noclegami. Koszt nie był zbyt duży bo nocleg zamawialiśmy tydzień wcześniej. Oczywiście, że taniej byłoby zamówić pokój jeszcze wcześniej, ale nie planowaliśmy takiego wyjazdu. Klaudia obiecała, że wraz z rodzicami zajmie się Wibrysem. W końcu Uszak czuje się w moim tarnowskim domu jak u siebie i cała rodzina za nim przepada. Możemy więc być spokojni o jego dobro i bezpieczeństwo. 

Urodziny były fantastyczne. Od każdego dostałam jakiś drobiazg – wcale nie taki drobny – siostra zaszalała i kupiła mi kilka naturalnych kosmetyków, od babć i rodziców dostałam wsparcie finansowe na wyjazd, od chrzestnej dostałam świetną książkę, którą z pewnością przeczytam z wielką przyjemnością, a od kuzynki i cioci perfumy. Oprócz tego trochę słodkości. Każdy też wiedząc, że to dla mnie ważne, dołączył do prezentu kartkę z życzeniami. Nie okazywałam tego na zewnątrz, ale byłam bardzo wzruszona i dozgonnie wdzięczna wszystkim swoim gościom. Ten dzień tak naprawdę okazał się fantastyczną okazją do rodzinnego spotkania przy stole. Chrzestna nieco się śmiała, bo przecież miałam nie robić urodzin, a wyszło na to, że jednak je zrobiłam. Prezenty były niespodzianką, bo naprawdę się ich nie spodziewałam, a najważniejsza była dla mnie możliwość świętowania w gronie najbliższych. Cudownie też czuć jak wielu ludziom jestem bliska i wiedzieć, że tu w domu jest tak wiele osób, które mocno trzymają za mnie kciuki i zawsze mogę na nich liczyć, gdyby coś złego podziało się z moim zdrowiem i potrzebowałabym pomocy. Przyznam Wam szczerze, że bardzo  nie chce mi się wyjeżdżać do Warszawy. Na szczęście dzisiaj dopiero 16 sierpnia, a do Warszawy wracamy dopiero 27 sierpnia. Staram się więc nie myśleć póki co o powrocie do Stolicy. Pisząc tę wiadomość do Was siedzę na huśtawce dzień po urodzinach i głaszczę co jakiś czas swojego psa. Czuję się naprawdę fantastycznie. Zastanawiam się jak ja sobie poradzę z powrotem. 


Macie jakieś pomysły jak się oswoić z tym wielkomiejskim życiem z dala od rodzinnego domu? Cieszę się oczywiście, że mój Ukochany ma w Warszawie duże możliwości zawodowego rozwoju, mamy schludne mieszkanie, miłych sąsiadów i Uszaka – nie jest źle, wręcz jest bardzo dobrze, ale ciągle tęsknię do Tarnowa i swojego kawałka podwórka.


Serdecznie pozdrawiam znad lemoniady, Wasza Ewelina

środa, 9 sierpnia 2017

Radość wytęskniona

Cześć Kochani,

wakacje w pełni, a ja w końcu uśmiecham się naprawdę szeroko. Rafał już idzie na urlop, a to oznacza wyjazd do domu na dłużej niż dwa-trzy dni. Bardzo się już stęskniłam za moim rodzinnym Tarnowem. W Warszawie nie jest źle, ale brakuje mi bardzo mocno moich bliskich. Nie mam tu też znajomych, z którymi mogłabym się czasem spotkać i porozmawiać. Ta sytuacja ani dla mnie, ani dla mojego Mężczyzny nie jest prosta. Same rozmowy telefoniczne to jednak nie to samo, co serdeczny kontakt na żywo. Poza tym mam dosyć siedzenia w mieszkaniu. Potrzebuję pobyć trochę w domu, gdzie mam duży balkon i kawałek własnego podwórka z huśtawką. W Tarnowie spędzimy dwa tygodnie – to mój czas aby naprawdę odetchnąć od wielkiego miasta i porozmawiać przy herbacie z babcią i mamą. Cieszę się również dlatego, że moja mama bierze sobie urlop w okresie kiedy będę w domu. Będzie też moja siostra, która studiuje w Krakowie – no ale są wakacje :). 

Gdy do Was piszę jesteśmy akurat na etapie prania – trzeba mieć odpowiednią ilość czystych ubrań na te 14 dni. Muszę też przygotować odpowiednią ilość sprzętu stomijnego. Mam zamiar też iść na basen, więc koniecznie biorę ze sobą kostium kąpielowy. Jak wiadomo dla każdego, kto kocha wodę wakacje bez basenu czy plaży to wakacje stracone. Udało mi się choć raz w tym roku być na plaży w Gdańsku. Teraz pora na basen. Musimy też spakować królika - śmiejemy się, że z nim to więcej zachodu niż z jakimś dzieckiem. No ale mamy królika, to mamy też obowiązki jako właściciele. 

Oprócz tego na czas wyjazdu zawieszam swoje poszukiwania pracy. Jadę naprawdę odpocząć i nie chcę mieć głowy zajętej codziennymi problemami. To nie jest pora na stres i zamartwianie się. Staram się myśleć optymistycznie choć nie jest lekko. Wydatki na życie nie są najmniejsze, zdrowie nie jest idealne, a pracy na rynku dużo, ale dla ludzi mogących np. dźwigać czy będących w stanie bardzo daleko dojeżdżać. Ja zaś chcę pracować choćby trochę blisko od domu. Tuż przed urlopem Ukochanego miałam okazję spróbować swoich sił w pracy w pewnej korporacji jako pracownik kancelarii. Poradziłam sobie naprawdę dobrze, ale po przekalkulowaniu kosztów dojazdów, czasu, wydatków na stołówkę itp. okazało się, że z zarobków niewiele zostaje, a stanowisko jest niesamowicie wymagające. Wymuszało też spożywanie posiłków poza domem. Nie byłabym w stanie każdego dnia wieczorem szykować sobie obiadu do podgrzania później w mikrofalówce. Swoją drogą podobno odgrzewanie jedzenia w mikrofalówce wcale nie jest zdrowe. Słowem dużo stresu, bardzo odległy dojazd a zarobki bardzo niskie bez możliwości ich znacznego wzrostu. Jeszcze nie wiem, jaką decyzję ostatecznie podejmę. Mam tydzień na danie odpowiedzi firmę i skorzystam z tego czasu. Chcę omówić wszelkie plusy i minusy z bliskimi. Póki co jestem niepewna co właściwie powinnam zrobić. Wierzę, że życzliwe mi osoby pomogą mi podjąć ostateczną decyzję. Ale najbardziej chcę się skupić na tym, by spokojnie wypocząć i nabrać sił. Na tym chcę się skoncentrować.

Cieszę się, że uściskam też mojego kochanego psa. Łatek, choć już prawie dziewięcioletni, wciąż jest pełen wigoru i sił. Kupiłam mu jego ulubione ciasteczka, pewnie bardzo się ucieszy jak go znam. Tu w Warszawie bardzo mi brakuje psa. Na szczęście ilekroć idziemy z Rafałem na spacer pojawia się co rusz ktoś, kto ma psa. Ludzie na osiedlu są bardzo życzliwi i zawsze mogę pogłaskać psiaka i od razu mi jakoś lżej. Dzwoniłam też do mamy – obiecała upiec na powitanie jakieś pyszne ciasto. Ja rzadko piekę u siebie w mieszkaniu – jest nas tylko dwoje i sami nigdy jeszcze nie daliśmy rady zjeść całej blachy ciasta. Mam zamiar kupić nieco mniejszą blachę i poszukać przepisów, które będą nieco mniejsze, ale póki co poszukiwanie pracy tak mnie pochłonęło, że na myślenie o wypiekach nie mam nawet czasu. Bez względu na to, gdzie ostatecznie pójdę do pracy cieszę się, że spędziłam te kilka dni w korporacji. Poznałam bowiem pewną bardzo sympatyczną dziewczynę, z którą wymieniłyśmy się kontaktami – wierzę, że uda mi się utrzymać tę znajomość i będę miała w końcu z kim napić się czasem kawy i zjeść ciacho na mieście.

Pędzę rozwiesić pranie, buziaki dla Was

Ewelina.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Spełnione marzenia o morzu

Kochani,
piszę do Was bardzo radosna. Odkąd zaczęły się wakacje marzyłam, by wraz z Ukochanym wybrać się nad morze. Bardzo się stęskniłam za szumem fal, plażą i atmosferą nadmorskich miejscowości, której już dawno nie miałam okazji być częścią. Los okazał się jednak dla mnie łaskawy. Rafał dostał w swojej firmie zlecenie serwisowe w Gdańsku. Wrócił z pracy tego dnia bardzo uśmiechnięty i radosny i oświadczył, że jedziemy nad morze. Na początku mu nie dowierzałam myśląc że to jakiś żart ale on z jeszcze większą radością oświadczył, że moje marzenie o morzu właśnie się spełni, co prawda tylko jednodniowo (nie możemy zostawić królika na dłużej bez opieki) ale będziemy na plaży. Zaczęłam niemal fruwać ze szczęścia. Dzień później wieczorem pakowaliśmy ręczniki, stroje kąpielowe, krem do opalania i po opalaniu, by jak najwcześniej wyruszyć do Gdańska. Rano w dniu wyjazdu przygotowaliśmy Wibryskowi wszystko, co mu niezbędne – świeżą chłodną wodę, nieco świeżych warzyw, trochę granulatu, świeże sianko i miseczkę ziół. Zamknęliśmy drzwi w kuchni i naszym pokoju, by Uszakowi zostawić do szaleństw nie tylko cały jego pokój, ale też przedpokój, w którym bardzo lubi leżeć na chłodnych deskach. Zasłoniliśmy mu też żaluzje, aby słońce za mocno nie grzało mu do pokoju i zostawiliśmy otwarte okna, by zwierzak miał przewiew. Wibrys wydawał się przed naszym wyjazdem zadowolony z przygotowanych mu wygód, zatem spokojnie i bez stresu wyjechaliśmy do Gdańska. 

Pogoda w podróży nieco nas martwiła, bo niebo zdawało się być nieprzystępnie zachmurzone. Gdy jednak dojechaliśmy do celu, niebo rozpogodziło się i zza chmur wyjrzało słońce. Mój Mężczyzna dojechał najpierw pod adres, gdzie miał odbyć serwis – w końcu przede wszystkim przyjechał do Gdańska do pracy. Gdy on udał się wykonać swoje obowiązki zawodowe, ja udałam się na spacer po okolicy. Udało mi się zakupić trochę pocztówek z Gdańska na pamiątkę i trochę pozwiedzać. Jednak najwspanialszym momentem była chwila, gdy już po wykonaniu swoich zawodowych obowiązków Rafał wrócił i ruszyliśmy z wielkimi uśmiechami w stronę najbliższej plaży. 


Nie umiem Wam opisać, jak bardzo się cieszyłam – to była radość dziecka, które spełnia swoje wielkie marzenie. Na plaży mocno się wzruszyłam sama nie wiedząc, że aż tak bardzo chciałam odwiedzić polskie morze i że aż tak mocno tego potrzebowałam. Pogoda była wprost wyśmienita na plażowanie – było słonecznie a od morza wiał lekki podmuch wiatru, lecz woda była spokojna. Leniwe fale obijały się powoli o piaszczysty brzeg. Przebraliśmy się w stroje kąpielowe i wskoczyliśmy do wody, która była orzeźwiająca lecz nie przejmująco zimna. Może to było tylko kilka godzin na plaży, ale tego właśnie było mi trzeba. Ukochany powiedział mi, że promienieję radością – bo tak właśnie było. Gdyby nie tłum ludzi mogłabym tańczyć, śpiewać i krzyczeć ze szczęścia. Przed plażowaniem zjedliśmy na obiad świeżą rybę w miejscowej smażalni. Smakowała mi tak bardzo, że po zejściu z plaży zjadłam jeszcze jedną na kolację. Rafał był zdziwiony, że ja zazwyczaj niejadek zjadłam dwie duże ryby z ogromnym apetytem :) Ale przecież ryba nad morzem właśnie smakuje najlepiej! 




Zrelaksowani wieczorem pożegnaliśmy morze i ruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy, by dojechać do niej około 23. Wibrys przywitał nas już od wejścia stęskniony radosnym podskakiwaniem, tuleniem się i lizaniem. Dobrze, że następnego dnia była sobota – można było zregenerować siły po długiej, ale przyjemnej podróży.

Pozdrawiam promiennie,

Ewelina

piątek, 4 sierpnia 2017

Przetoki i nierówna walka z nimi

Cześć,

wiele osób zmagających się jak ja z przetokową postacią choroby Leśniowskiego-Crohna pyta jak niemal całkiem wygoiłam swoje liczne przetoki okołoodbytnicze. Dziś chcę się z Wami podzielić informacjami na ten temat. Moja droga do całkowitego wygojenia przetok nie jest prosta ani krótka. Walczę już z nimi od pięciu lat, ale od czterech następuje ciągła poprawa. Mój przypadek nie był prosty, bo miałam chyba osiem kanałów przetok połączonych ze sobą w okolicach okołoodbytniczych. Aktualnie został mi jeden malutki, gojący się kanał. Od razu chcę zaznaczyć, że nie jestem ani specjalistą, ani lekarzem i nie wiem czy to, co ja robię pomoże każdemu z Was, bo każdy z Nas jest inny i organizm każdego człowieka zachowuje się inaczej. Wszystko trzeba konsultować ze swoim lekarzem prowadzącym. Poza tym choroba Crohna u każdego przebiega nieco inaczej. Niemniej wierzę, że moje rady być może komuś z Was pomogą szybciej wygoić przetoki okołoodbytnicze jeśli się z nimi zmagacie:


- Zrezygnowałam całkowicie z jazdy na rowerze. To zdrowa forma aktywności, ale niestety przetoki okołoodbytnicze podczas jazdy na rowerze ocierają się o siodełko, co prowadzi do zaostrzania się zmian. Póki co rower zamieniłam na spacery. Oczywiście trochę brakuje mi przyjemności z jazdy na rowerze, ale nim sobie tego odmówiłam podejmowałam próby, zawsze z tym samym skutkiem – podrażnienie okolic około odbytniczych, zaczerwienienia, otarcia i wzmożenie się wydzieliny ropnej z przetok. Zrezygnowałam więc i póki co spaceruję. Ale jak przetoki całkiem się zagoją, przyjdzie czas na fajny rower miejski. Teraz doceniam spacery, które mają wiele zalet.

- Regularnie płukałam przetoki. Wbrew pozorom to nic strasznego i jest to możliwe do wykonania w domu. W moim przypadku pielęgniarka opatrunkowa w szpitalu pokazała mamie dwa razy czym i jak wykonywać ten zabieg. Prawie przez trzy lata codziennie, a później co drugi dzień mama wykonywała mi ten zabieg za pomocą strzykawki, małego wenflonu sterylnego (bez igły). Najpierw przetoki płukane miałam octeniseptem, ale później nauka wykazała, że lepiej sprawdza się on jako wyłącznie zewnętrzna dezynfekcja i płukanie odbywało się już wyłącznie solą fizjologiczną dostępną w aptece. Nie jest to przyjemny zabieg, ale bardzo oczyszcza chore miejsca od środka i wykonany właściwie naprawdę nie jest zabiegiem bardzo bolesnym, ot nieco szczypie.

- Nasiadówki. Ja robiłam je trzy razy dziennie. Na przemian napar z kory dębu, nadmanganianu potasu oraz mydlin z szarego mydła. Z moich obserwacji wynika, że najwięcej ulgi dawały mi nasiadówki w mydlinach i nadmanganianie. Kora dębu jednak również ma dobre działanie i nie należy z niej rezygnować – świetnie działa odkażająco. W moim przypadku działała też przeciwbólowo.

- Wyłonienie stomii tymczasowej. Dla mnie ten zabieg był momentem przełomowym w leczeniu przetok. Jelito grube zostało wyłonione na powłoki brzuszne w postaci kolostomii, a zanitkowane przez chirurgów przetoki w końcu zyskały warunki do szybszego gojenia. Brak wypróżnień przez odbyt wpłynął na czystość i higienę opieki przez co leczenie ruszyłi mocno do przodu. Warto rozważyć to rozwiązanie jeśli zawodzą wcześniejsze metody. Po wyłonieniu stomii ich skuteczność znacznie wzrasta a z tym się wiąże ogromna poprawa jakości i komfortu życia.

- Szczególnie dbałam o higienę okolic intymnych. 2-3 razy dziennie podmywam się specjalnym żelem do higieny intymnej i noszę wygodne, przewiewne podpaski. Dawniej, gdy z przetok się sączyło używałam też 17-nitkowych, półmetrowych gaz JAŁOWYCH – nie było to tanie przedsięwzięcie, bo dziennie zużywałam 3-6 gaz, ale można je zawsze kupić hurtowo, a także znaleźć opcję dostania ich jak najtaniej – w dobie Internetu to naprawdę nie jest trudne. Sama sobie w ten sposób radziłam, a w kryzysowej sytuacji zawsze wspomogła mnie moja pielęgniarka kilkoma sztukami. Jeśli cokolwiek trzeba było robić koło przetok to czy ja, czy mama zawsze najpierw dezynfekowałyśmy dłonie specjalnym płynem – podobnym do tego, którego używa się w szpitalach – większe opakowania wychodzą taniej niż te małe dostępne w drogeriach – poza tym wydaje mi się, że specjalistyczne płyny są jednak skuteczniejsze, bo sprawdzone i przetestowane w warunkach szpitalnych, które wymagają naprawdę profesjonalnej dezynfekcji rąk.

- Jeśli tylko ma się możliwość należy jak najczęściej wietrzyć przetoki – wystarczy zamknąć się w pokoju, usiąść na jednorazowym podkładzie, aby nie pobrudzić krzesła/sofy i posiedzieć choć godzinę dziennie bez bielizny – poza tym w miarę możliwości, jeśli pozwala na to stan przetok i nie ma nadmiernego wylewu treści ropnej, warto spać np. w luźnych spodenkach, które najwyżej się wypierze, bez bielizny i opatrunków.

- U mnie sprawdziła się także pomoc leczenia biologicznego – Remicade, później Humira (bo Remsima się nie spisała).

- W ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy mój stan mocno się ustabilizował. Wycieku ropy nie ma już niemal wcale, jedna przetoka jest bardzo mała, a reszta kanałów po przetokach to już szczątkowe zasklepiające się ślady. Obecnie stosuję miejscowo maści takie jak Cicatridina z kwasem hialuronowym, w razie potrzeby Triderm czy Pimafucort (obie są dostępne tylko na receptę i używamy ich tylko w doraźnej potrzebie) oraz Alantan na ewentualne otarcia. Słyszałam, że świetnie pomaga też zagraniczna maść ILEX, ja jednak nie miałam do niej dostępu i nie sprawdzałam na sobie. Natomiast moim absolutnym hitem jest maść ozonowa – mój Narzeczony pracuje w firmie, która ją produkuje. Oczywiście stosować ją zaczęłam zewnętrznie dopiero gdy stan moich przetok już się unormował, ale leczenie nie chciało drgnąć do przodu i wciąż sączyły, chociaż były niewielkie. Maść ozonową stosuję miejscowo, zewnętrznie, raz dziennie przed snem – kładę się zawsze w bieliźnie ale bez podpasek (opatrunków już od dawna stosować nie muszę). Czasami stosuję tę maść też rano, w zależności od potrzeb i dnia. Smaruję nią nie tylko ujście przetoki ale też zewnętrznie miejsca, o których wiem dzięki doodbytniczemu usg gdzie znajdują się gojące się kanały po przetokach. Dostrzegam u siebie fenomenalne efekty. Odkąd zaczęłam ją stosować cztery oporne kanały zamknęły się i w końcu zasklepiły swoje malutkie już ujścia, a i ostatnia najmniejsza stopniowo się goi. Zachęcam jednak, by taką terapię maścią ozonową konsultować z lekarzem. Ozon jest silnie bakteriobójczy, dlatego stosuje się bardzo cieniutką warstwę maści – niemniej jednak nie wolno go używać np. na otwarte rany. Jedynie lekarz może wyrazić zgodę na jej stosowanie, gdy uzna, że stan przetok pozwala na użycie takiej maści. Maść ozonowa to nic innego jak oliwa z oliwek „ozonowana” przez kilka tygodni w specjalnym urządzeniu. W upalne dni należy ją trzymać w lodówce, by nie zrobiła się płynna. Wierzę, że z jej pomocą ostatecznie pozbędę się problemu przetok i być może w przyszłym roku lekarze podejmą decyzję o zespoleniu i usuną mi w końcu Lucjana. Da się z nim żyć i to jest komfortowe i dobre życie, ale jeśli mam szansę na zespolenie to mam zamiar z niej skorzystać.

- Trzeba też być bardzo cierpliwym. Miałam mieć stomię maksymalnie na dwa lata, a mam już ponad cztery. Każdy organizm leczy się w swoim indywidualnym tempie i nawet bardzo dobre i radykalne dbanie o chore miejsca nie gwarantuje, że szybko pozbędziemy się problemu. Trzeba walczyć o każdy krok do przodu i nie poddawać się, gdy organizm robi nam psikusa i robi trzy kroki w tył. Tylko upór, systematyczność i ogromne pokłady cierpliwości są nam w stanie zagwarantować stopniowy powrót do pełnego zdrowia. Przy chorobie Crohna trzeba się liczyć z tym, że nie będzie łatwo, prosto i nie ma żadnej gwarancji, że na stałe pozbędziemy się przetok – być może tylko doprowadzimy swój stan do komfortowego tak, że przetoki nie będą uprzykrzać nam życia i z tym też trzeba się liczyć. Bardzo ważna jest też dobra współpraca z gastrologiem i chirurgiem, odpowiednie dobieranie leków, antybiotyków i ich dawek, właściwie zabezpieczanie się lekami osłonowymi oraz pozytywne podejście do życia oraz dbanie o dobre samopoczucie oraz higienę psychiczną. Wsparcie i zrozumienie bliskich jest również bezcenną pomocą.
Trzymam kciuki za każdego kto zmaga się jak ja z problemem przetok około odbytniczych czy też innych. Uszy do góry – dopóki walczysz jesteś zwycięzcą!


Ewelina

czwartek, 3 sierpnia 2017

Zwiedzanie miejsc, które są całkiem blisko


W ramach prób zapoznania się z Warszawą i zaprzyjaźnienia się z nią wędruję z Rafałem na długie spacery. Chcemy poznać najbliższą okolicę. Wygląda na to, że na długo tu zostaniemy i trzeba zacząć przyzwyczajać się do tej świadomości. Mój Ukochany mieszka tu dłużej niż ja i jemu tutaj się podoba. Cieszę się jego radością, widząc jak kwitnie w tym wielkim mieście, rozwija się, realizuje zawodowo i życiowo. Ja realizuję się tu bardzo na płaszczyźnie związku i samodzielnego życia. Czuję, że dobrze radzę sobie w roli pani domu – mieszkanie mamy czyste, pyszne obiady ugotowane, zwierzak zadbany. Przyszła pora, by zrealizować się również zawodowo. Póki co nie bardzo mi wychodzi znalezienie jakiegoś stałego zatrudnienia. Skupiam się więc na leczeniu swojego wnętrza, swojego samopoczucia i podejścia do nowego miejsca zamieszkania. Zazdroszczę każdemu, kto potrafi ot tak, niemal z dnia na dzień przystosować się do nowego miejsca, w które rzuca go los. Ja mam z tym spory problem, mimo iż jestem tu już tak długo. 



Ostatnio jednak jestem podbudowana. Próbuję swoich sił w pracy w korporacji. To wcale nie jest dla mnie proste i łatwe, nie wiem jeszcze czy zdecyduję się zostać tam na dłużej, ale powoli wierzę w siebie nieco bardziej. Dlaczego? Bo bardzo dobrze radzę sobie z obowiązkami stanowiska, na którym być może zostanę i główna przełożona jest ze mnie bardzo zadowolona. To dla mnie ważne, bo ostatnio moje lęki o mało nie sprawiły, że w ogóle nie wzięłabym udziału w tych kilku dniach szkoleniowych. Lęk i poczucie niepewności dopadło mnie tak mocno, że chciałam zamknąć się w domu i w ogóle z niego nie wychodzić. Przez chwilę miałam nawet myśl, że nie nadaję się w ogóle do pracowania gdziekolwiek i lepiej będzie, jeśli zostanę w domu z moją rentą i tekstami dla Was, a mój Narzeczony będzie zarabiał większe pieniądze. To był krótki epizod, ale bardzo źle go zniosłam i bardzo źle się czułam. Jeszcze jak na złość Lucjan przez te 2-3 dni dał mi trochę w kość tuż przed rozmową i byłam naprawdę roztrzęsiona i wycofana. Nie umiałam się cieszyć nawet tym, że bardzo się podobam i w zasadzie mam zatrudnienie w kieszeni – bałam się drogi do pracy i dużo strachu kosztował mnie powrót do domu – powinnam skakać z radości a tymczasem ja siedząc w autobusie marzyłam tylko o tym, by zapłakana i roztrzęsiona ze strachu schować się pod kocem. Postanowiłam jednak walczyć z tym lękiem i na dobre mi to wyszło. Trzeba być realistą - w dzisiejszych czasach aby się utrzymać trzeba by oboje partnerów pracowało. Udało mi się po rozmowie z moim Mężczyzną przełamać i pójść na te szkoleniowe dni. Radzę sobie naprawdę dobrze i mogę być z siebie dumna bo w przypadku lęków ważny jest każdy mały krok do przodu. Czasem zastanawiam się jak to się mogło stać, że tak bardzo boję się życia z dala od bliskich. Mam olbrzymie wsparcie w Rafale, zwyczajnie czuję się niepewnie. Ciągle boję się jak sobie poradzimy, czy moja choroba będzie wyciszona, czy uda mi się zabezpieczyć swoje zdrowie w odpowiednie leki i żywność, czy znajdę zrozumienie w miejscu pracy, czy uda mi się mieć tutaj znaleźć jakieś pokrewne dusze jak mawiała moja ulubiona Ania z Zielonego Wzgórza. Mam nadzieję, że z czasem moje wątpliwości i lęki opuszczą mnie i przestaną mnie paraliżować. Chciałabym poczuć się w końcu swobodnie i móc bez strachu rozwijać się zawodowo i tak w ogóle – w swoich pasjach, codzienności. Chciałabym wstawać rano bez lęku o to, jak potoczy się kolejny dzień. I niechby strach przestał paraliżować mnie przed wyzwaniami, z którymi naprawdę jestem w stanie świetnie sobie poradzić – wystarczy tylko przestać się bać.

Czy Wy także macie czasem problemy podobne do tych moich? Jak sobie z tym radzicie? Macie jakieś dobre rady? Proszę, podzielcie się ze mną. Wasze pomysły są na wagę złota.


Pozdrawiam, Wasza Ewelina

środa, 2 sierpnia 2017

Uszy w podróży

Cześć Kochani,

wakacje w pełni. Pewnie niejedno z Was ma zwierzaki w domu i stajecie przed dylematem co zrobić, kiedy trzeba gdzieś wyjechać. Tym bardziej jeśli chodzi o króliki. Podzielę się z Wami moim doświadczeniem i podpowiem jak podróżować z Uszakami.

Oczywiście najlepiej jest jeśli macie możliwość nie stresować zwierzaka podróżą i zostawić go w domu pod opieką najbliższych, których Uszak dobrze zna. Uważam, że to optymalne rozwiązanie dla niego. Musicie się tylko liczyć z tym, że jeśli wyjazd jest dłuższy niż tydzień, po powrocie Uszak będzie potrzebował kilku chwil, aby przypomnieć sobie Wasz zapach i na początku może reagować na Was nieco lękliwie. Po prostu „ten typ tak ma”. Nie ma potrzeby się niepokoić. Po maksymalnie 2-4 dniach zwierzak zacznie już zachowywać się wobec Was po staremu. Trzeba tu nadmienić, że niektóre króliki w ogóle nie mają problemów tego typu i od razu rozpoznają swoich właścicieli, na których reagują radosnym podskakiwaniem i bieganiem – tu nie ma reguły, każdy królik jest inny.


Druga opcja to pozostawienie Uszaczka w specjalnym hoteliku dla zajęczaków i gryzoni. W każdym większym mieście można znaleźć takie miejsce. Oczywiście warto wcześniej je odwiedzić i sprawdzić, czy pracują tam ludzie, którzy znają potrzeby tego gatunku i potrafią je wszystkie zaspokoić, a także zareagować gdyby wydarzyło się coś niepokojącego. Sama mam schowaną w wiadomym miejscu wizytówkę sprawdzonego hoteliku o wdzięcznej nazwie Susełek. Takie rozwiązanie kosztuje średnio 30-50 zł za dobę. Sama jednak póki co nie korzystałam z tej usługi. I tu docieramy do kolejnego punktu…

Trzecia opcja to zabranie zajęczaka ze sobą. Nasz królik jeździ zawsze z nami. To jednak nie jest proste doświadczenie dla tak lękliwego stworzenia, dlatego trzeba zapewnić zwierzęciu maksymalny spokój i komfort:

- do bagażnika wsadzamy klatkę naszego ulubieńca z jego miseczkami, zabawkami, kuwetą, poidłem i wszystkim, co nasze Uszy znają, bo czują się dzięki temu pewnie i bezpiecznie,

- królik powinien mieć przewiewny transporter dobrej jakości. Co ważne – duży na tyle by zwierzak mógł się swobodnie położyć. Dno wyściełaj starym kocem, ręcznikiem lub chociaż jednorazowym podkładem higienicznym – poza wygodą, pozostaje kwestia wypróżnień. Do tego trochę siana i woda w poidełku żeby nasz Ulubieniec mógł się swobodnie posilić i napić,



- spakować trzeba również króliczą apteczkę: krople przeciw wzdęciom np. Espumisan, siemię lniane, probiotyk (najlepiej specjalny dla królików), płyn odkażający rany np. octanisept, sól fizjologiczna, herbatki ziołowe – rumianek, koper włoski, nagietek; małe sterylne strzykawki oraz KONIECZNIE specjalistyczną karmę ratunkową gdyby nasz zwierzak ze stresu nie chciał jeść w nowym miejscu. Znane i polecane to rodi care dra Ziętka bądź herbi care. Jeśli nasz Milusiński jest w trakcie przyjmowania leków, je również powinniśmy zabrać ze sobą. Koniecznie weźmy też wszelką dokumentację weterynaryjną oraz zorientujmy się przed wyjazdem, gdzie w okolicy miejsca naszego pobytu można znaleźć weterynarza małych zwierząt, który specjalizuje się również w królikach – to bardzo cenna wiedza w razie jakichkolwiek problemów zdrowotnych malucha,

- pakujemy też jedzenie zwierzęcia wyliczone na ilość czasu na jaką wyjeżdżamy, plus drobny zapas na wszelki wypadek. Warto wziąć ze sobą przysmaki, które nasz milusiński lubi najbardziej, by ułatwić mu aklimatyzację w nowym miejscu. Wibrys wprost uwielbia babkę szerokolistną, suszony topinambur i swój zdrowy granulat, który dostaje jako smaczki. To działa na niego kojąco i szybko zaczyna czuć się pewnie i dokazywać w nowym miejscu – przede wszystkim psocić :)

- Zawszę biorę też ze sobą specjalną szczotkę do wyczesywania futra Wibrysa. Trzeba to robić regularnie, by zwierzę myjąc się nie zjadało za duży swojej sierści.


Dobrze, że kupiliśmy samochód kombi bo 2/3 naszego bagażu podróżnego zajmują rzeczy Wibrysa. Jesteśmy jednak odpowiedzialnymi właścicielami i nie wyobrażamy sobie, by nie spakować wszystkiego, co jest mu niezbędne. Jesteśmy gotowi na każdą ewentualność. Mamy w planach zakup specjalnych szelek. Jest już po szczepieniu i okresie kwarantanny poszczepiennej i będziemy mogli brać go na zewnątrz, by mógł spokojnie wcinać trawę. Noszenie góry od klatki jest bardzo kłopotliwe. Jak kupimy szelki i spróbujemy zobaczyć co Wibrys na to, zdam Wam relację J To mały dzikus na noszenie i nie wiem czy da nam zapiąć  mu szelki, ale po cichu liczę na to, że uda mi się przekonać go :)

I na koniec pamiętajcie #uszynajlepiejmająsięwparze #uszomdobrzewparze – ja obecnie uczę się w pewnym miejscu pracy – jeśli wyjdzie z tego coś dobrego i zostanę tam na dłużej w planach mamy adopcję króliczej kastrowanej żonki dla naszego gentlemana.
  


Serdecznie Was pozdrawiam razem z moim Pampuchem,

Ewelina