wtorek, 11 lipca 2017

Czasami nie wyjdzie...

Witajcie,

dziś pisze mi się trochę trudniej do Was. Starałam się o pracę w jednej ze znanych Fundacji. Proces rekrutacyjny nie był krótki, byłam tam na dwóch rozmowach. Wydawało mi się, gdzieś w głębi serca, że się podobam i będę tym szczęśliwym Wybrańcem, który będzie ramię w ramię z innymi niósł uśmiech chorym dzieciom. Przyznam, że wiązałam wielkie nadzieje z tą pracą.

Niestety, los chciał inaczej. Trudno jest ponieść taką porażkę. Chciałabym zrozumieć, co zrobiłam czy powiedziałam nie tak. Napisałam nawet wiadomość mailową z zapytaniem. Liczę na to, że mi odpowiedzą, abym mogła uczyć się na popełnionych błędach. Bo chyba jakieś musiałam popełnić, skoro wybrano kogoś innego.

Gdy patrzę na Lucjana wydaje mi się, że to on jest powodem, dla którego nie dostałam pracy. Nie pierwszy już raz ktoś szuka osoby niepełnosprawnej – ale wiecie, jak to jest – tak, żeby ta osoba NIE BYŁA ZA BARDZO niepełnosprawna. A ja mam Lucjana, przetoki, Crohn’a i chore kolano. Chyba za dużo... pewnie JESTEM NIEPEŁNOSPRAWNA ZA BARDZO. Ah. Albo brakuje mi perfekcyjnej znajomości języka angielskiego. Trudno jest przełknąć gorycz takiej porażki, kiedy wszystko wydaje się układać i do siebie pasować w układance życia.

Przyznam Wam szczerze, że odbyłam już duuużo rozmów i wciąż nie znalazłam miejsca dla siebie. Niektórzy mówią wprost, że chcą ludzi bardziej dyspozycyjnych, bardziej elastycznych, bardziej… po prostu zdrowych. Niektórzy nie mówią nic, po prostu odprawiają z kwitkiem – choć rozmowa kwalifikacyjna zdaje się iść dobrze i już już czujemy, że nas wybiorą. Raz się zdarzyło nawet, że zatrudniono osobę z gorszymi kompetencjami, ale w pełni zdrową.

Nie poddaję się jednak. Nie chcę utknąć na rencie skoro czuję się na siłach, by pracować. Będę dalej pisać listy motywacyjne i rozsyłać swoje CV – Warszawa przecież jest dużym miastem i musi mi się udać znaleźć pracę, w której będę mogła się realizować w pomocy innym i jednocześnie cieszyć się tą pracą. Dlatego biorę się w garść i działam. Wciąż walczę idąc drogą przed siebie – i wierzę, że dotrę do celu i uda mi się ułożyć sobie życie w tym wielkim mieście.

A Wy jakie macie doświadczenia z poszukiwaniem pracy? Napiszcie, chętnie poczytam Wasze historie. Jeśli macie dla mnie jakieś rady, za nie też będę wdzięczna.
Oj, Lucjan daje znać, że pora go nieco wypróżnić, więc się żegnam.

Do przeczytania,

Wasza Ewelina

piątek, 7 lipca 2017

Stomijnie o upałach

Dzień dobry Kochani,

lato mnie rozpieszcza. Wcale nie żartuję – bardzo lubię nieco chłodniejsze i trochę burzowo–deszczowe, letnie dni. Nie jestem fanką upałów. Nie tylko gorzej się wtedy czuję ja, ale i skóra wokół Lucka. Zaczerwienienia, pieczenie, odparzenia lub zwyczajnie nietrzymanie się kleju – znacie to na pewno. Staram się mieć, do tej nierównej walki, różne narzędzia na podorędziu. U mnie to pasta gojąca, chusteczki z barierą skórną, pasta uszczelniająco–gojąca i „półksiężyce” zwiększające przylepność worka. Zazwyczaj taka ochrona wystarcza i udaje mi się zapobiegać pojawieniu się zaczerwienienia, ale przyznaję, że nie zawsze.


 
.

















Na szczęście na rynku jest bardzo dużo dostępnych akcesoriów różnych firm i każdy znajdzie coś dla siebie. Ponieważ mam kolostomię, mogę sobie pozwolić również na wietrzenie stomii – to moja najlepsza metoda zapobiegania problemom ze skórą wokół stomii. Czasami też lekko chłodzę skórę kostką lodu – u mnie ta metoda dobrze się sprawdza. Czasami jednak zdarzy się, że treść jelitowa podcieknie – jak to każdemu. Ale najczęściej mam te wszystkie problemy przy temperaturze powyżej 28 stopni. Dziś te problemy mnie nie dotyczą – jest chłodniej, kleje trzymają się dobrze, a skóra się nadmiernie nie poci. I oby tak jak najdłużej :)

Ah, i nie ma tego złego – podobno dzięki temu, że jest wilgotno i chłodno to w lasach można już znaleźć grzyby – jeśli któreś z Was lubi spacerować po lesie z koszykiem to dobry pomysł, bo na pewno coś się znajdzie pod ściółką. Takie informacje usłyszałam oglądając poranne wiadomości z kubkiem herbaty i królikiem u boku. Słowem szczęście na wyciągnięcie ręki :)

Ślę serdeczności wszystkim Kangurkom,

Wasza niebieska Ewelina.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Nowy futrzany lokator

Cześć Wszystkim,

chciałam się z Wami podzielić ogromną radością (robię to dopiero po miesiącu, bo sama nie wiedziałam, czy podołam wyzwaniu). Adoptowaliśmy z Rafałem, w zasadzie trochę z dnia na dzień – teraz już dziesięciomiesięcznego - królika rasy baran holenderski. Daliśmy mu imię Wibrys. Przyznam, że biorąc go byłam zielona w kwestii opieki nad królikami. W dniu, kiedy zapadła ostateczna decyzja, na szybko zapisałam się na facebookową grupę króliczą i błyskawicznie douczałam się podstaw. 




Dziś, po miesiącu, mogę się z Wami już dzielić swoimi przemyśleniami:
- Króliki nie nadają się dla małych dzieci – Wibrys nie jest zwierzątkiem „nakolankowym”. Sam decyduje, kiedy chce do Nas podejść, ale do miziastych świnek morskich mu daleko. Poza tym króliki nie lubią być podnoszone w żaden sposób. Boleśnie przekonałam się o tym wiele razy. Po pierwszych dwóch tygodniach miałam ręce podrapane jakbym miała małego kotka a nie królika.
- Wibrys to Nasza słodka skarbonka bez dna- i to mogąca w dobrym zdrowiu pożyć nawet 11 lat. Początkowe koszty były ogromne, podam wam je w zaokrągleniu. Ah, zapomniałabym – gryzonie i zajęczaki należy leczyć u weterynarzy, którzy specjalizują się w opiece nad tego typu milusińskimi. Nie może to być psi i koci weterynarz! Kastracja kosztowała 220 zł, „straszenie Nas” przez Wibrysa po operacji, że się zatkał – kolejne 85 i 120 zł, wizyta przed badaniami 200 zł, badanie bobków na pasożyty 35 zł, szczepienie (powtarzane co roku) – ok.60 zł, dodatkowe na „króliczy pomór” – jeszcze nie wiem J, czekam na telefon z przychodni, bo to dodatkowe, ale ważne szczepienie, kiedy się chce by królik wychodził na zewnątrz. Na nie obowiązują zapisy, dlatego czekam na kontakt od Pani weterynarz.
- Z Uszakiem duuuużo czasu spędza się na podłodze… duuuuużo… i trzeba to lubić J
- Króliki mają delikatne brzuszki. Dieta to głównie siano i zioła, czasem świeże owoce i warzywa (ale nie wszystkie), rzadko odrobina granulatu. Poza tym króliki mają skłonność do zaparć i problemów z zębami. Wtedy niezbędna jest pomoc fachowca. Generalnie to delikatne, lękliwe i wymagające zwierzęta.
- Uszaki są raczej nocnymi stworzeniami i nie powinny siedzieć non stop w klatce. Preferuje się albo życie bezklatkowe, albo z cały czas otwartą klatką i – trzeba uważać – królik jest jak ciekawski kilkulatek, wszędzie by chciał wskoczyć, wszędzie wejść, wszystko ugryźć. Należy dokładnie sprawdzic ć co jest w zasięgu uszaka i pilnować żeby nie zrobił sobie krzywdy. Czy mówiłam, że rośliny doniczkowe powinny być dobrane pod zwierzaka, aby się nie zatruł? No i… trzeba się liczyć z tym, że Uszak uzna doniczkę za świetną piaskownicę do kopania.


My stopniowo przestawiamy Wibrysa na tryb dzienny. Mogę się pochwalić, że do 15:30 jest aktywny, później śpi sobie nieco i szaleje w nocy w bezpiecznym pomieszczeniu, ale część nocy przesypia. Idziemy zatem do przodu.





Po miesiącu mam takie przemyślenie, że WIBRYS jest trochę jak stomia – nie da się tego wprost i dokładnie OSWOIĆ, trzeba się nieco DOGADAĆ – i żyć w zgodzie i harmonii wedle potrzeb – czy to królika czy stomii, a wszystko będzie okay.



Pozdrowienia!

czwartek, 29 czerwca 2017

Miłość i troskliwa uważność czynią cuda

Cześć i czołem,

dziś może nietypowy wpis, ale w sumie - czemu nie? Jednym się spodoba, a inni najwyżej go pominą. Dlaczego? Bo będzie o piosenkarce, którą nie każdy lubi – chodzi o Miley Cyrus. Jej przemiana zbiegła się z moim dołkiem i tak naprawdę jej nowa piosenka Malibu dała mi dużo uśmiechu i spokoju. Gdy piszę te słowa, za oknami szaleje potężna burza. Taka sama, jaką przez ładnych parę lat była ta piosenkarka – gwałtowna, groźna, nieprzewidywana i bynajmniej nie przyjemna. Sama bardzo się cieszę, że piszę ten tekst z kubkiem pysznej herbaty w dłoni i nie muszę wychodzić. Takie samo podejście miałam do tej piosenkarki. Dało się jej nawet słuchać, bo słychać, że ma nieprzeciętny głos, ale absolutnie nie chciałam się mierzyć z jej wizerunkiem „twarzą w twarz” czy może lepiej byłoby napisać „twarzą w ekran komputera czy telewizora” ;-). Wiem, że wiele gwiazd, które zaczynały w kuźni Disney’a później radykalnie zmienia swój wizerunek, aby się odciąć od słodkich, przecukrzonych i przelukrowanych początków. To samo zrobiła Miley. Czasem, gdy zdarzyło mi się zerknąć czy to na nowy teledysk, czy przeczytać tekst piosenki, zastanawiałam się jak dalece jest to prawdziwa ona, i jak daleko zabrnie w swojej wulgarności, która ocierała się już o śmieszność. Nie nazwę się jej fanką – nie mam ani jednej płyty, nie słucham często, nie mam dzwonka z jej piosenką, nie byłam na koncercie. Przyznam szczerze, że zwyczajnie było mi żal tej dziewczyny, która w moich oczach staczała się na dno popowej muzyki, bez szans na powrót… „Nie ona jedna, nie ostatnia” – dumałam chwilkę, po czym wracałam do swoich codziennych zajęć.

Dziś, kiedy słucham jej nowej piosenki, zapowiadającej zapewne nową płytę, uśmiecham się. Uśmiecham się, bo po raz kolejny widzę jak wielką moc ma miłość i właściwa osoba obok. Sama ostatnimi czasy, jak pisałam Wam w poprzednim wpisie, czułam że ląduję gdzieś w ciemnej otchłani bez wyjścia. Bałam się nieco wizerunku samej siebie a’la PANI IDEALNA – dziś wiem – również NIEREALNA, który zaczęłam nieświadomie prezentować na zewnątrz. Najgorsze było to, że z punktu widzenia sprzedaży samej siebie, mimo iż nieautentyczny, miał wielką marketingową moc! To było straszne… Dlatego sama tak długo, nie dostrzegałam w ogóle, że dzieje się ze mną coś złego – otoczenie utwierdzało mnie bowiem w przekonaniu, że wszystko jest super, okay i że jestem extra.

Pogubiłam się w sobie, jak w damskiej torebce gubi się ulubiona pomadka, gdy jest najbardziej potrzebna. Ale na szczęście mam obok czujnego i kochającego mężczyznę, który zauważył, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Miałam napad lęku, który wyglądał pozornie jak wirusowe zapalenie opon mózgowych – Ukochany najpierw zawiózł mnie do szpitala, gdzie wykluczono najgorsze, a później zawiózł do mieszkania, zrobił herbatę i długo rozmawialiśmy – były łzy podczas tej rozmowy, nawet dużo… ale otarł wszystkie, do ostatniej kropelki, moją ulubioną chusteczką z balsamem. Otulił mnie troską i miłością Nie sądziłam nawet, że on tak szybko dostrzeże, że dzieje się coś złego i że tak szybko, właściwie nieomal od razu, zaczniemy działać, abym wróciła na słoneczną stronę życia. Jego uczucie do mnie – mam trochę wrażenie, że tak jak uczucie partnera Miley do niej, dało mi kopa, by wrócić do stanu równowagi – do wizerunku samej siebie bez kreowania się na niedościgniony ideał, bo ich po prostu nie ma. Często słucham piosenki MALIBU, by przypominać sobie, że harmonia wewnętrzna i spójność wnętrza z wizerunkiem zewnętrznym jest jedyną gwarancją dobrego samopoczucia i równowagi – swoistego slow-life balance.




Którego i Wam życzę, bo AUTENTYCZNOŚĆ JEST BEZCENNA. Nie warto próbować być na siłę kimś innym, lepiej stawać się z dnia na dzień najlepszą wersją samego siebie. Nikt inny nie przeżyje Twojego życia tak dobrze, jak Ty sam ;-) PAMIĘTAJCIE O TYM KOCHANE KANGURKI!

Trzymajcie się chłodno w te upalne dni :)
Buziaki, Wasza Ewelina.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

POWROTY... i trochę o wsparciu Najbliższych

Dzień dobry Kochane Kangurki,

nie było mnie dłuższy czas, za co przepraszam. Potrzebowałam trochę odsapnąć od tematyki okołostomijnej. Nie dlatego, że coś jest źle – bardziej chodzi o mnie, po prostu poczułam się trochę osaczona stomią z każdej strony. Musiałam złapać oddech, trochę zdystansować się od niej, umiejętnie ulokować ten temat w swoim życiu tak, by był ważny, ale by nie zdominował go.

Mam wrażenie, że to powoli się udaje. Będę dla Was pisać, będę współpracowała z Fundacją STOMAlife, dając dużo od siebie, ale trochę z zewnątrz, trochę z boku, obok… Czuję się tak lepiej i bardziej komfortowo, bo mogę sama decydować jak głęboko w temat wchodzę w danym momencie. I tak jest dobrze. Potrzebowałam pomocy psychoterapeutki, której bardzo ufam oraz kilku odwiedzin w moim rodzinnym domu w Tarnowie, by ułożyć wszystkie puzzle mojego obecnego życia. A nic tak nie pomaga jak otoczenie najbliższych, których staram się odwiedzać jak najczęściej i być z nimi w kontakcie. Muszę też w tym miejscu podziękować Ukochanemu, że przeszedł ze mną tę drogę i wytrwał moje wahania nastrojów potocznie zwane humorkami - wierzcie mi, lekko nie było. Miał do mnie anielską wręcz cierpliwość i - tu, w Warszawie - otaczał mnie opieką a także troską na najwyższym poziomie. Chwała MU za to! :)
Dziś chciałam Wam napisać, że dobry psychoterapeuta i psychiatra to prawdziwy skarb. Cenię to połączenie u mojej Pani doktor, bo ma ten zestaw wiedzy i narzędzi, który bardzo mi pomaga - a kiedy jest gorzej umie dobrać malutkie, ale skuteczne dawki leków, które korygują negatywne emocje, a także utrzymują je w ryzach bym podniosła się z dołka i szybko mogła z tych leków zejść. Nie ma się przy tym czego wstydzić. Moja Pani doktor zna mnie, nie pamiętam dokładnie, ale chyba już jakoś od 16 roku życia. Jestem szczęśliwa, że jest. Często samo poczucie, że jeśli będzie mroczniej w mojej głowie to mogę do niej zadzwonić i poprosić o pomoc, daje mi ogromny komfort psychiczny. W ostatnim trudniejszym okresie też bardzo mi pomogła. Dała też wskazówki moim najbliższym jak mi pomóc wrócić na właściwe tory dobrego nastawienia i nastroju – najbliżsi oraz oczywiście ja zastosowaliśmy się do jej wskazówek – wynik? Dziś czuję się naprawdę lepiej. Piszę Wam o dołku i zmęczeniu tematem stomii, ale nie tylko to było powodem problemów - właściwie głównym problemem były pierwsze trudności na rynku pracy związane z moją chorobą - nie jest lekko, bo wciąż szukam, ale mam już inne nastawienie - jestem spokojna o to, że będzie dobrze. A póki co zwyczajnie żyję, nieco oszczędniej ale świetnie sobie z Narzeczonym radzimy :)


Mam rozmowę kwalifikacyjną niebawem – trzymajcie kciuki :)
Uściski,
Wasza Ewelina

czwartek, 9 marca 2017

Twórczość własna lekiem na bezsłoneczne zmęczenie


 Hej Kochani,

Ostatnio udało mi się wygospodarować trochę czasu dla siebie.
Staram się każdego dnia mieć choć godzinę, kiedy to mogę oddać się przyjemnością na które mam ochotę - miła kąpiel, czytanie książek (innych niż specjalistyczne, związane ze studiami), mam czas na samorozwój, ulubioną muzykę i...dzięki zaopiekowaniu się sobą znalazłam czas by po dłuższej przerwie chwycić pióro w dłoń i wylać trochę atramentowego nieba na papierowe chmury.
Bardzo mi brakowało samodzielnego tworzenia poezji, już od dłuższego czasu samo jej czytanie w wydaniu innych mi nie odpowiadało.
Nie miałam też jednak chęci do działania - mgliste, szare dni dały mi popalić - ciągle byłam otępiała, zmęczona i bardzo senna mimo suplementacji czy to witaminy D z K czy magnezu. Nic mi nie pomagało. Byłam tą sytuacją przytłoczona, dzień za dniem mi umykały i nic sensownego nie robiłam - nawet terminarza nie chciało mi się uzupełniać, a stalówki i ćwiczenia kaligraficzne schowałam głęboko do szuflady “na lepsze czasy, na kiedyś”.
Usiadłam jednak sama ze sobą i zapytałam “Co dobrego mogę zrobić dla siebie zamiast znowu uciekać w sen, aby poczuć się lepiej ?”
Odpowiedź wyświetliła mi się w głowie jak neon - SIADAJ DO POEZJI !!!-
Ten neon najpierw mnie mocno raził, tak z godzinę, później sama sobie wmawiałam, jak bardzo mi się nie chcę, że w tym stanie na pewno nic nie wymyślę, ale w końcu skapitulowałam. Wiedziałam, że neon w mózgu nie zgaśnie dopóki nie zajmę się tym co mi nakazuje.
I to był strzał w dziesiątkę !
Między chmurami papieru mnożyły się słowa łączące się w wiersze, atrament chwytał  kłębiące się słówa i była poezja, i coraz więcej jej było - a energia płynęła do mnie strumieniami światła koloru nieba przede mną, które usiadło na stole - które sama tworzyłam. Już nie byłam senna, czułam twórczą radość, uśmiechałam się od ucha do ucha na myśl, że nowe perełki dołączą do zestawu wcześniejszych i kiedyś urodzi się z tego piękny tomik.
Ale kilkoma się z Wami podzielę z radością na sercu:

-BALET-
Kiedy ubieram emocje
w papierowe sukienki
są dla mnie łatwiejsze
do rozluźnienia.

-  NWW -
Żyję ostrożnie.
Zachowawczo.
Nie stać mnie na żaden
wszelki wypadek.



-NiedoróbKAocham-
Nie dotknę
Cię dzisiaj oddechem,
bo mi okno
spadło na
serce.

-L4-
Jestem dziś
chora na nierzeczywistość
Marzeń.

-Konfesjonał-
Boli mnie Człowiek
na znaki zapytania.
I Tęsknota
bez wykrzykników.

Mam nadzieję, że miło Wam się czytało moje miniaturki. Ja zaś nauczyłam się, że nawet jeśli zupełnie nic się człowiekowi nie chce to jeśli wykona pierwszy krok w stronę swojej pasji to wsiąknie totalnie. Gwarantowany napływ energii, radości, uśmiechu, sił oraz pokonanie zmęczenia.

Pozdrawiam serdecznie i uciekam poetyzować sobie dalej.
Uściski

Wasza Ewelina 

wtorek, 7 marca 2017

Ewelina Zach: Dotyk a NIE...

...

Są ludzie, którzy słowem potrafią dotknąć duszy. Są ludzie przeszywający na wskroś. Są treści, które czytasz i słyszysz oddech i głos. Są w końcu autorzy, którzy nie słowa, a dotyk dają palcem swojej twórczości. Od razu zaznaczam, że dotyk ten nie jest zawsze przyjemny - czasem pali jak ogień, czasem boli jak wdepnięcie w tłuczone szkło, czasem mrozi na wskroś. Ale zawsze Go czujesz. Zawsze mocno i wyraźnie. Zawsze jest. Pomimo, że słowo, że poezja.

Ja przez ostatni tydzień zgłębiałam miłą sercu twórczość Kai Kowalewskiej. Dotarły do mnie trzy pozycję z dedykacjami - Melanżcholie, Play Listy oraz Niebospiecznik. Kaję poznałam on-line poprzez jej profil facebookowy “chaos i inne piętra” a także wymieniając z nią wiadomości - sama również od wielu już lat piszę wiersze. Chciałam poznać osobę, która nie tylko myśli podobnie do mnie ale też ma podobny styl pisania i odczuwania/odbierania otaczającego nas świata. W wymienianych z Kają wiadomościach zawsze płynie ciepło i uśmiech dłoni pędzących za literami po klawiaturze - a może przed? Nie wiem, nigdy nie widziałam jak Kaja pisze… Ona, również jako osoba z wykształceniem polonistycznym i ogromną wiedzą, potwierdziła mnie jako dobrego poetę - dostałam zwrotną odpowiedź, że dobrze piszę, że ciekawie piszę, że mam oryginalny, dobry, ciekawy styl. Wsparła mnie też w chorobie szczerą rozmową, śląc mi kawałek swojego chaotycznego serca do poduszki gdy wycierałam o nią łzy. Jaką mamy relację? Nie częstą, choć chciałabym więcej - jeszcze nie osobistą, choć umawiamy się na spotkanie w Łodzi, gdzie mieszka. Poetycką - bo tylko pisząc z drugim poetą można pisać “po swojemu” i być zrozumianym.

Ale wróćmy do książek, które mnie poruszyły. Zaczęłam lekturę od powrotu do Chaosu, który był pierwszy, najważniejszy - którym Kaja zaszumiała. Chciałam sobie przypomnieć Jej sposób widzenia świata oraz przelewania go na papier.
Później wczytałam się w Melanżcholie. Pełne wspaniałych miniatur twórczych - smakowałam powoli, zatrzymując się na każdej. Bo tak pisze Kaja - macha Ci przed nosem wielkim znakiem STOP przed oczyma i nie ma odwrotu, musisz się zatrzymać na przerwę na zadumę. Na myślenie. Na chwilę patrzenia w herbatę, ścianę, okno… Bo jest świeżo malowane serce… Melanżcholie mają mnóstwo twarzy. Co forma to twarz a form mnóstwo - znalazłam tam i prozę poetycką i sentencje. Przeczytałam też mnóstwo pięknych miniatur mówiących więcej niż tysiące słów kilkoma tylko użytymi w treści. Były też myśli pisane kredą oraz fotografie wydarte wprost z otaczającego autorkę Chaosu…. cudnie było… po przeczytaniu poszłam zrobić już trzecie kakao - bo czytałam długo, ale ciągiem, jedna strona za drugą bo tak mi się pięknie łączyły.

Później udałam się na spotkanie Lei - to główna bohaterka pierwszej książki Kai - “Play listy, czyli nie wszystkie fobie są o miłości”. Tu zatrzymałam się na dłużej. Na 4 dni. 4 dni histerii, zaburzeń, zagubień, za-marzeń, zamyśleń oraz kieliszki wina. Ciągle pisało do mnie Echo Serca. Krzykiem myśli, łzami pożądania, ciałem oddechu, tęsknotą spojrzeń i życiem - codzienną walką w chaosie o lepsze wczoraj i dobre dziś. Żeby być. Choćby jakoś ale TU. Śmiałam się, płakałam, serce mi drżało i dłonie gdy chciałam przytulić Leę do duszy. Piękna książka przy której czas nie miał dla mnie znaczenia, wsiąkłam na Amen - Bóg zapłacz. Nie chciałam by ktokolwiek mi przeszkadzał. Obecność - dziękowałam Losowi za te dni L4 - od rana do 15 mogłam czytać bez skrępowania, że olewam MM (skrót od mój mężczyzna, który zapożyczam z bloga www.simplicite.pl - bardzo zmyślnie jego autorka stworzyła ten przydatny skrócik, swoją drogą blog też polecam - morze inspiracji) - trzeba było tylko czasem ogarnąć obiad, sprzątnąć coś albo uruchomić pranie aby pralka robiła swoją misję - ale to były przerywniki aby się poruszać i zejść z fotela, krzesła, podłogi i poruszyć trochę ciało - dla zdrowia, bo dbać muszę…

Nie umiem wam opowiedzieć Kochani Niebospiecznika. Brakuje mi rąk na literach, brakuje mi klawiatury oraz spójnych myśli sklejonych w słowa. Posłużę się więc gotowym opisem ze strony Wydawnictwa Novatorja:

„nie jestem 
ani z piekła

ani z raju
szukam nieba
po drugiej stronie ziemi”


„Niebospiecznik” Kai Kowalewskiej to niezwykła książka poetycka, podróż po ulicach miasta i nieba. Ulice i skrzyżowania stają się miejscem walki dobra ze złem. Wierszami płynie masa, maszyna, miasto i miłość. To tutaj spotyka się sacrum z profanum, anioł z diabłem. Dodatkowym elementem są niebospieczne fotografie zawarte w tomie. Przyciągają, zatrzymują, hipnotyzują wzrok i elektryzują duszę.

Po lekturze napisałam kilka słów podziękowania do Kai Kowalewskiej. Za Piękno, za Słowa, za Prawdę oraz za Odwagę płynącą z Jej twórczości oraz wsparcia. Podziękowałam też za Serce - bo w twórczości Kai jest go mnóstwo. Cieszę się, że mogę mówić, że to moja Znajoma - jeszcze taka on-line, jeszcze bez spojrzenia, dotyku i głosu ale już bliska - wierzę, że niebawem zgram z Nią harmonogram mojego chaosu i zejdziemy się w jakiejś łódzkiej kawiarni na spotkanie poetyckich dusz w chmurach któregoś nieba radości słów.

Kolejny dzień. Poranek. Południe. I to Przed i Po. I Pod. I Wieczór. Wieczorek taki. I Noc. Ciemna. I Wszystko choć Nic tylko widać przykryte czarnym koNOCem. I różowy Księżyc. Śpiewa mi. Trzy strony dalej. Jestem.
Zaczynam wracać do pisania. Swojego. Odważnie. Otwieram Zeszyt. Z błękitem nieba na piórze. Odważnie. Bo życie jest Dziś. Nie wiem Jutro. Czuję...
Dziś dostałam igłę i zszyłam płótno pasji. Znów jest całe. Jeszcze piękniejsze niż Przed. Czytam siebie. Uśmiechem. Bez I.
Nigdy więcej nie pozwolę by Ktoś bolał moje wiersze. Może odłożę w końcu i wydam z pomocą Kai swój tomik. Jak mi się uda na pewno się tu pochwalę.

Tu można zamówić poezję i książki Kai - ja poluję na nową książkę Kai “Siedem grzechów głuchych” - może Autorka mi ją podaruje na spotkaniu z dedykacją - bardzo na to liczę, bo chciałabym już tak nie pocztą ale dłoń w dłoń i serce w serce twarzą w twarz…

Dobrego dla Was - od serca polecam poezję, nie tylko Kai Kowalewskiej ale tak w ogóle, taką na jaką macie chęć - poezja porusza w sercu struny wrażliwe…



Ewelina

poniedziałek, 6 marca 2017

Ewelina Zach: Czasami jest trudniej niż trudno

Cześć Kochani,

mam za sobą kolejny zjazd w Poznaniu. To już półmetek Lucek podczas tego weekendu dał mi potwornie w kość. Już w pociągu pojawiła się okropna biegunka. Może i by mi nie przeszkadzało bieganie do toalety co pół godziny, gdyby nie nadmierne chowanie się jelita, skurczanie i zapadanie co zmuszało mnie do wymiany worka przy każdej wizycie w toalecie. A treść jelitowa drażniła skórę, zadając coraz większy ból. Dziękowałam w myślach intuicji, że coś mnie tknęło i spakowałam sobie nieco więcej worków różnego typu - tuż przed wyjściem. Nie krygowałam się przed podróżującymi ze mną w przedziale ludźmi - po 4 wypadzie do toalety powiedziałam im jaki mam problem co przyjęli z ogromną życzliwością i
zrozumieniem. Jedna Pani podzieliła się nawet ze mną blistrem leku na biegunkę “na wszelki wypadek” a którego nie miałam akurat ze sobą. Wykończona, jeszcze 5 wymian worków później, dotarłam do Poznania, a później taksówką do hostelu gdzie nocuję. Lucek pod wieczór odrobinę się uspokoił ale mimo to zażyłam na noc lek, aby powstrzymać nadmierny wypływ treści jelitowej. Poprosiłam też obsługę hostelu o dodatkowy zestaw pościeli i worki na śmieci - ponieważ nocuję już regularnie wszyscy z obsługi wiedzą o moim problemie i mają dla mnie dużą wyrozumiałość oraz służą pomocą. To w tak trudnej sytuacji, którą bardzo trudno przewidzieć daje ogromne poczucie komfortu, akceptacji, zrozumienia i bezpieczeństwa.



Ale największe poczucie bezpieczeństwa daje posiadanie przy sobie odpowiedniej ilości sprzętu stomijnego i wewnętrzny spokój, że mimo iż woreczków pójdzie więcej to mając zapasy z okresu gdy “jest okay” będę w stanie przetrwać do następnego limitu. Dziękuję losowi też za Alicję - koleżankę poznaną na grupie stomijnej, która mieszka w Niemczech i raz na trzy miesiące podsyła mi paczkę ze sprzętem, który, ponieważ w Polsce niedostępny, bardzo oszczędzam, stosuję w wyjątkowych sytuacjach i staram się Nim dzielić z innymi. Sobota i niedziela też były ciężkie. W sobotę na zajęciach, mimo iż były bardzo ciekawe, nie umiałam się skoncentrować. Kładłam każde ćwiczenie z negocjacji - aż koleżanka z roku zwróciła mi uwagę, że to do mnie niepodobne. Cały czas się stresowałam stomią oraz workiem i co godzinę,  półtorej lub w momencie gdy wydawało mi się, że coś nie gra biegałam do toalety. Bardzo mnie to drażniło, bo straciłam nieco wiedzy z bardzo ciekawej tematyki przez swoje częste wychodzenia z sali wykładowej. Na szczęście wymiana worka w trakcie zajęć w sobotę była tylko raz. Później było miłe wyjście do lokalu niedaleko uczelni ze znajomymi na dwie godziny.Prawie zapomniałam o problemach z jelitami. Ale noc dała znowu w kość. Średnio co dwie godziny a czasem i co 15 minut biegałam wypróżnić worek i totalnie się nie wyspałam. Momentami siedziałam na łóżku, płakałam i śmiałam się na przemian jedząc gorzką czekoladę, której nie cierpię, żeby tylko zatrzymać biegunkę, bo już nawet tabletki nie chciały pomóc, a nie wolno też brać ich zbyt wiele. Efekt tej bezsennej nocy był zabawny - jakimś cudem nie tylko klepnęłam budzik gdy dzwonił, tak że mnie nie obudził ale też przestawiłam sobie zegarek w smartfonie o godzinę do przodu, nieświadomie. I w efekcie w panice wstałam, według mnie, o 7:13 na szybko brałam prysznic, na wariata się ubierałam i zażywałam leki, biegiem zmieniałam worek bo po tak intensywnej NOCY OCZYSZCZENIA czułabym dyskomfort idąc w nim na zajęcia. Śniadanie robiłam w biegu zakładając, że nie zdążę go zjeść na spokojnie i że muszę zjeść na uczelni. Gotowe bułki na szybko spakowała mi Pani z hostelu kiedy ja pobiegłam się do końca spakować i ubrać. Ogarnęłam się 8:40 (mojego czasu) i zadowolona, że się nie spóźnię poszłam na tramwaj. Zadzwonił mój Narzeczony i z rozmowy wynikło, że mój zegarek wprowadził mnie w błąd bo jest dopiero 7:40. Niestety już jechałam na uczelnię. Na szczęście udało mi się znaleźć jedno miejsce, które było już czynne w niedzielę i wypić herbatę oraz zjeść śniadanie. Byłam już totalnie odjechana i nie wiem czemu widząc ludzi pod salą wykładową, gdzie mają być moje zajęcia stwierdziłam nagle, że to może mi się pochrzaniło i mam iść piętro wyżej. Sami widzicie, że byłam już wyczerpana. Gdzieś z tyłu głowy majaczyło mi wyobrażenie jakby to było gdyby z limitami na sprzęt stomijny się pogorszyło. Chyba w takiej sytuacji, nie mając wystarczającej ilości worków stomijnych byłabym zmuszona do rezygnacji z dalszej edukacji. No bo jak jechać na weekendowy zjazd kiedy mam świadomość, że mam np. tylko 3 worki ze sobą i jak mi nie starczą to nie będę miała ani jak funkcjonować ani jak wrócić do domu ani w ogóle wyjść z hostelu, a z drugiej strony mogłabym może zaryzykować i wziąć ich więcej ale licząc się z tym, że limitu mu absolutnie nie starczy i będę się drapać po głowie co robić albo zostawać w domu z przyklejonym do skóry workiem foliowym aby nie nabrudzić w mieszkaniu. No i w związku z tym nie pójdę do pracy. Pytanie tylko jak to wytłumaczę - bo l4 raczej na wydalanie nie dostanę, prawda? To byłby dramat. Bo tylko na tym zjeździe, oprócz ogromnego wyczerpania samej siebie wyczerpałam też zabrany “dodatkowy zapas” 14 worków i zostały mi tylko 3 z tych podręcznych w plecaku. Muszę się też podgoić. Poniedziałkowy poranek wyczerpał moją skórę zupełnie - o 5 rano razem z Narzeczonym ratowaliśmy łóżko przed potokiem treści jelitowej, a skóra już doszła do granic wytrzymałości. Ale dziś mam dobry limit. Dziś mam odpowiednią ilość worków. Dziś mogę sobie pozwolić na pastę gojąco-uszczelniającą, na pudry i maści oraz inny sprzęt do pielęgnacji skóry wokół stomii, który pomoże mi wygoić skórę po tym trudniejszym niż trudnym weekendzie. I dałam radę dotrzeć do pracy. Dziś wiem, że w tydzień do dziesięciu dni się podgoję, bo mam czym. Dziś nie muszę brać tylko worków i dopłacać za akcesoria. Dziś mogę się realizować w życiu. A polityka myśli - a ja trochę się boję. Bo nie wiem co się wydarzy w kwestii limitów na worki dla stomików. Boję się, że będzie gorzej. I boję się, że wtedy moje życie zmieni się na gorsze. Czuję strach. I nadzieję, że zło może się nie wydarzy - bo tylko ona mi została - nadzieja, że jako stomicy zostaniemy usłyszani, że wszystkie fundacje i stowarzyszenia, które o nas walczą i walczą z Nami doprowadzą do tego, że zostaniemy zrozumiani i zmiany w ustawie refundacyjnej w przypadku naszych worków, jeśli zajdą, będą pozytywne albo że przynajmniej zostanie tak jak jest. Wtedy sobie poradzimy. I będziemy wciąż mogli być sobą.

Trzymajmy kciuki i głośno krzyczmy Kochani - bo po tym weekendzie jeszcze mocniej czuję jak bardzo to ważne, abym miała sprzęt, który uratuje mnie w trudnej sytuacji i, może z bólem, ale pozwoli realizować swoje życiowe cele. Bez zamykania się w czterech ścianach smutku i rozpaczy.

Pozdrawiamy - ja i niesforny Lucjan,


Ewelina

poniedziałek, 13 lutego 2017

Ewelina Zach: Skupienie na tym, co złe. ODWRÓĆ.

Cześć Kochani,

wybaczcie mi kilka dni milczenia. Starałam się w pełni dojść do zdrowia aby dzisiaj już pełną parą dotrzeć do pracy. Udało mi się - wstałam rano pełna sił i gotowa na wszelkie wyzwania. 

Chciałabym poruszyć dziś ważny dla mnie temat. Zauważyłam wśród moich znajomych, że niemal każdemu z nich łatwo przychodzi narzekanie na siebie. Zbyt często i ze zbyt dużą łatwością krytykują samych siebie - nos za duży, biust za mały, wzrost nie taki, nogi krzywe albo za grube, albo za chude itp. Chorując jeszcze łatwiej jest mieć do samych siebie pretensje. Mnie bez problemu przychodzi narzekanie na stomię, kolano, że obcasów nie ponoszę - bo kolano niesprawne, że wielu ćwiczeń, które bym chciała nie mogę wykonać, że płynąc kraulem czy grzbietem nie zrobię pięknego nawrotu fikołkiem i że obcisła krótka bluzka jest za obcisła i za krótka, bo stomia spod niej wyłazi. No i ciągłe problemy z zębami, bo leki i wieczne nieogarnięcie. Dziś jechałam nawet do Fundacji z duszą na ramieniu, bo moje jelitko postanowiło się schować i podciekło. Całą drogę modliłam się w duchu aby worek wytrzymał i żebym dotarła do biura - na szczęście udało się dojechać w czystym ubraniu, z tylko delikatnie podrażnioną skórą.

Sami widzicie - narzekanie i pretensję do samej siebie mam we krwi. Moje znajome też często na siebie narzekają - a że finanse u nich leżą, bo nie umieją oszczędzać, a bo nie są tak poukładane a ich życie nie jest tak piękne jak to, które można zobaczyć na Instagramach znanych blogerek, że brakuje im umiejętności orientacji w terenie, że nie są dobrymi córkami/matkami/siostrami.
Zauważyłam, że takie narzekanie obniża poczucie własnej wartości, pogarsza samopoczucie, sprawia że nie widzimy w sobie nic dobrego i im częściej mówimy o sobie źle, tym mocniej te słowa faktycznie oddziałują na rzeczywistość. Generalnie o tym, co w sobie lubimy mówimy dużo rzadziej. Jakoś się nie składa, jakoś nie ma okazji, jakoś, mam wrażenie, brak na to społecznego przyzwolenia. Często słyszę, że ktoś np. nie jest zadowolony ze swojego koloru oczy ale nigdy nie słyszę słów odwrotnych “lubię swój kolor oczu”. To absurdalne. I bardzo smutne.

Chciałabym to zmienić, przestać skupiać się na tym, co mi się nie podoba. Odwrócić lustro na swoją korzyść, otworzyć duszę na uśmiech. Dziś jest ten moment. Chcę Wam powiedzieć co w sobie lubię i czemu - i poprosić byście w komentarzach napisali co najmniej dwie rzeczy (choć chciałabym więcej) za które lubicie samych siebie. Do dzieła - doceńmy siebie! Ja zaczynam:

  1. Lubię swoje 158 cm wzrostu - mówi się, że małe jest piękne. Zgadzam się z tym. Poza tym czasem, gdy wybieram się z Ukochanym na eleganckie wyjście gdzie nie będę dużo chodziła, mogę sobie pozwolić na założenie dość wysokich obcasów wiedząc, że i tak nie będę wyższa od Rafałka nawet stojąc.
  2. Lubię to, że nie przejmuję się tym jak odbierają mnie inni - że nie jestem odpowiednio dojrzała/dorosła - to pozwala mi być sobą i kiedy chcę dopuszczać swoje wewnętrzne dziecko. Ułatwia mi to też samoakceptację.
  3. Lubię swoje oczy - jako całość. Są pięknie błękitne, mają ładny kształt, są wyraziste i nie są zbyt głęboko osadzone. Mało tego, są dosyć symetryczne i mają piękną oprawę.
  4. Lubię moje milion pomysłów  na minutę - czasem to może sprawia, że jestem chaotyczna ale w sumie pozwala mi się nie poddawać. Wiem, że jeśli na realizację jakiegoś pomysłu nie pozwoli mi zdrowie, to mam jeszcze mnóstwo innych i zrealizowanie któregoś musi się udać.
  5. Lubię swoją odwagę - nabrałam jej w ciężkich chwilach i teraz zawsze staram się iść do przodu, nawet jeśli trochę  boli i nie zawsze jest przyjemnie.
  6. Lubię swoje usta – ostatnio przy kolejnym spocie dla fundacji oddałam się w ręce makijażystki, która powiedziała mi, że wiele modelek robi sobie mnóstwo zabiegów kosmetycznych, wstrzykuje kwasy hialuronowe, botoxy itp. aby mieć takie usta jak moje. Zwłaszcza, jak to ujęła “serduszko” na górnej wardze - podobno atrybut kobiecości.
  7. Lubię swoje zamiłowanie do prostoty - sprawia mi radość i daje satysfakcję, że nie czuję musu gonienia za trendami, że muszę mieć torebki za 3000 zł, nie muszę mieć stu par butów i dziesiątek niepotrzebnych mi ale modnych rzeczy. Lubię swój umiar i minimalistyczne podejście do życia, które pozwalają mi oddzielać rzeczy ważne i niezbędne od niepotrzebnych.
  8. Lubię swoje uśmiechnięte podejście do życia - cieszę się, że staram się widzieć pozytywne strony życia i każdego dnia dostrzegać dobro w innych wokół siebie.
  9. Lubię swoje paznokcie - są twarde, zdrowe i niełamliwe oraz dosyć szybko rosną ładne i kształtne.
  10. Lubię swoją gadatliwość - kiedyś postrzegałam ją jako wadę a dziś pozwala mi ona na śmiałe poznawanie innych ludzi oraz na opowiadanie im ciekawych rzeczy - często słyszę, że niezły ze mnie gawędziarz i ludzie autentycznie chcą mnie słuchać, gdyż mówią, że to co mam im do powiedzenia wzbudza ich zainteresowanie.
A Ty co w sobie lubisz? Za co cenisz samego siebie? Z czego jesteś dumny/dumna? Podziel się proszę ze mną w komentarzu - pochwal się sobą i pochwal siebie - tak szczerze i od serca - to pierwszy krok do lepszego samopoczucia.

Ślę Ci serdeczności Drogi Czytelniku, miej dobry dzień :-)

Ewelina

środa, 8 lutego 2017

Ewelina Zach: Żyć wystarczająco dobrze

Dzień dobry.

"Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i swoje własne uczucia. Poświęcać się temu, co sprawia przyjemność. Ja zapisuję rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę. (...) Jeśli człowiek chce za dużo osiągnąć, zaplanować, zrealizować, to jest stale z siebie niezadowolony. A może po to, by być z siebie zadowolonym, wystarczy robić rzeczy, które są potrzebne, godziwe, warte, dobre, bez wymagania od siebie więcej niż można osiągnąć./prof. Wiktor Osiatyński/ - na te słowa trafiłam dziś w odmętach internetowych czeluści.

Czyż to nie jest kwintesencja właściwego podejścia do życia? Wymagać od siebie, ale bez przesady, starać się być dobrym - ale nie perfekcyjnym, dbać o siebie wsłuchując się w swoją duszę. Realizować tylko to, co czujemy, że chcemy robić. Nie okłamywać samych siebie i nie brać na siebie za dużo. Być wobec samego siebie szczerym, otwartym i otoczyć się troską. Wstać rano, spojrzeć w lustro i zapytać samego siebie jak najlepszego przyjaciela „Witaj mój Drogi, co mogę zrobić dzisiaj dla Ciebie abyś czuł się dobrze?” To prawda, że w dzisiejszym świecie wszyscy planują, osiągają, realizują i ostatnio nawet ja trochę się w tym pogubiłam i dałam się porwać nadmiarowi narzucanych sobie „powinnam” „muszę” „trzeba” „należałoby” – i całkiem popłynęłam chcąc osiągać to wszystko asap, jak mówi „korpomowa” – czyli najszybciej jak to możliwe. W efekcie doszłam do momentu, w którym czego bym nie zrobiła było źle, niedobrze, za mało perfekcyjnie. Cieszę się, że znalazłam ten cytat i zatrzymałam na nim spojrzenie na dłużej. Poczułam jak wraca moje poczucie równowagi.

Dzisiaj siadam do swojego kalendarza. Chcę go uzupełnić i dobrze go sobie rozplanować w myśl słów profesora. Poczułam przypływ spokoju, którego i wam życzę w dzisiejszej - mocno zabieganej - teraźniejszości.

Pozdrowienia,
Ewelina


P.S. Tak, dotarły stalówki – jutro zrobię z nich użytek i pochwalę się efektami J



poniedziałek, 6 lutego 2017

Ewelina Zach: Play listy


Dzień dobry.

Wstałam. Jakoś. Trudno było. Bardzo. Godzina przed wstaniem to były filmiki z kotami i psami na Youtube. Ale wstałam. Zjadłam śniadanie i zażyłam standardowo swoje leki. Obdzwoniłam rodzinę. Totalnie dzisiaj się nie mogę zebrać w sobie ani obok siebie. Obdzwoniłam rodzinkę, bo tęsknią – ja w sumie też.

Cisza jest dziś zielonym oddechem na błękicie niepamięci chmur o niczym… nie chcę po prostu nie być ale nie jestem wcale i nigdzie. Sięgam po książkę Kai Kowalewskiej – czytając zatrzymuję się ilekroć pojawia się jakiś utwór muzyczny w treści i staram się poczuć historię, jaka biega po kartkach jej książki – jestem chora na fobię – a nie wszystkie są o miłości. Zasłuchuję się w utwór Myslovitz – W deszczu maleńkich żółtych kwiatków. Tak mi brakuje radosnej żółtości słońca i bieli innej niż biel śniegu i brakuje mi błękitu nieba – taki sam kolor ma moja miłość i ulubione szklanki głównej bohaterki w książce Kai. Zastanawiam się czego mi brakuje i czytam tekst piosenki, który napisałam dla Przyjaciela – brakuje mi pisania, brakuje tworzenia, ale nie wpisów i prostych zrozumiałych słów. Brakuje mi moich różowych słoni i waty cukrowej, które nie każdy rozumie od razu na wskroś, a prędzej nikt nie rozumie wcale – tylko ja i moja dusza znamy i rozumiemy swój własny dowcip tak na sto procent. Zaczynam rozumieć, że gdzieś w środku samej siebie potrzebuję napisać swoje słowa i ubrać je w kreacje, które dla nich uszyję. 

I zgubiłam fleksującą stalówkę. Zamówiłam już nawet taką samą i jeszcze drugą. Bo podobno pisać piórem to nie to samo co pisać stalówką na nasadce. W sumie nie podobno bo już pisałam i wiem, że na pewno. Brakuje mi jeszcze dobrego atramentu, chciałabym mieć ich pięć i żeby każdy miał inny odcień niebieskiego – i turkus, i granat: jasny i ciemny, i mroczny też. Ale nawet to nie jest tak ważne jak sam w sobie proces twórczy. Zastanawiam się i głowię czemu tak się ciągle plątam (albo może plączę) na coraz to kolejnych studiach, pisząc coraz to nowsze prace o rynku aptecznym i reklamach suplementów skoro tak naprawdę chcę pisać i tworzyć o emocjach, życiu i papierze uczuć – ale trzeba, jak się coś zaczyna to trzeba to skończyć. 17 lutego jadę na piąty zjazd z dziesięcu więc jestem w połowie drogi. Muszę też – albo raczej podjęłam taką decyzję – do 15 lutego napisać pierwszy rozdział swojej pracy podyplomowej. Ale na razie wrócę póki co do Lei i książki Kai – tak nietypowej, tak głośno krzyczącej i cicho oddychającej słowami.

P.S. Pierwsze 25 minut z hantelkami zaliczone po śniadaniu – dałam radę choć trochę bolą mnie ramiona – dobrze, że nie dłonie i palce, bo nie napisałabym postu. Poza tym dziś dzień mailowy – będzie dużo wysyłek pocztowych na skrzynkach mailowych ;-)

Pozdrowienia, Ewelina


P.S. 2 Mam dzisiaj siłownię słów – oby cuda istniały naprawdę…

niedziela, 5 lutego 2017

Ewelina Zach: Weekendowe lenistwo


Dobry wieczór.

Wam też weekend minął tak szybko? W soboty zawsze z Rafałkiem jemy wspólnie śniadanie – zazwyczaj świeże pieczywo z twarożkiem. Tak było i wczoraj. Później dzień mijał zwyczajnie – robiliśmy porządki, pranie,  leniuchowaliśmy i trochę świrowaliśmy. Dostałam też trochę weny i w sobotę sobie nieco kaligrafowałam. Nawet listę zakupów wykaligrafowałam. A co! W niedzielę ulepiliśmy razem pierogi ruskie na obiad – było arcy pysznie. Wieczór upływa mi na oglądaniu ulubionego serialu Zaklinaczka Dusz. Uwielbiam Jennifer Love Hewitt. Ten serial jest jakiś taki ciepły, prosty i uśmiechnięty zarazem, jak dla mnie idealny.


Smutno mi trochę bo przede mną cały tydzień siedzenia samotnie w domu. Pocieszam się, że trochę zajmę się pracą a trochę przyjemnościami. Opracowuję pewien projekt i ciągle go poprawiam – nie podoba mi się jego wydźwięk, muszę sobie opracować jakiś język – prosty ale też miło mi brzmiący – to nie łatwe zadanie przetłumaczyć polski język medyczny na polskie NASZE PROSTE I ZROZUMIAŁE. Posiedzę trochę w literaturze i w sieci i popatrzę na mowę potoczną oraz uproszczenia. Mam nadzieję, że błyśnie mi w głowie wena  - mam świadomość, że to nad czym pracuję jest ważne, może dlatego nie chcę sknocić i oddać byle czego. Poza tym znowu odzywa się we mnie ten perfekcjonizm, który nie pozwala mi na robienie czegoś na pół gwizdka. Proszę więc o kciuki bo w tym tygodniu potrzebuję nieco weny – a przyznam szczerze, że w dobie kompletnego braku słońca od kilku dni jest o nią naprawdę ciężko. 

Od kilku dni siadam do komputera tylko po to, aby nakreślić do Was Kochani kilka słów albo obejrzeć Zaklinaczkę. Poza tym to nie mam w ogóle ochoty siedzieć przed komputerem – i to nawet nie jest poczucie jakiegoś lenistwa tylko jakaś wewnętrzna niechęć i ciągła senność z braku słońca. Zwiększyłam sobie dawkę witaminy D3, staram się wietrzyć częściej pokój, pić soki owocowe, wcinać kiszonki oraz jabłka i codziennie uśmiechać się rano do lustra ale ciągle czuję się „rozmemłana” i „rozdziamorzona” i mam ochotę tylko „płaszczyć dupsko” pod kocem z książką w ręku. Ale staram się nie poddawać. I dobrze, że mam obiad w zapasie.

Pomysły od Was na pokonanie tego dziwnego stanu w komentarzach są mega mile widziane. Może podacie jakieś swoje sposoby na walkę ze sobą kiedy brak słońca chowa Naszą aktywność głęboko do szafy?

Buziaki znad literatury, E


P.S. Narzeczony kupił mi hantelki, sztuk dwie – będę ćwiczyć po 20 minut dziennie od poniedziałku, może to coś da ? Niestety nie mogę pójść na spacer ani nic z tych rzeczy, bo lekarka zabroniła, ale mam nadzieję, że ta mała aktywność nieco doda mi wigoru i sił :)