czwartek, 9 marca 2017

Twórczość własna lekiem na bezsłoneczne zmęczenie


 Hej Kochani,

Ostatnio udało mi się wygospodarować trochę czasu dla siebie.
Staram się każdego dnia mieć choć godzinę, kiedy to mogę oddać się przyjemnością na które mam ochotę - miła kąpiel, czytanie książek (innych niż specjalistyczne, związane ze studiami), mam czas na samorozwój, ulubioną muzykę i...dzięki zaopiekowaniu się sobą znalazłam czas by po dłuższej przerwie chwycić pióro w dłoń i wylać trochę atramentowego nieba na papierowe chmury.
Bardzo mi brakowało samodzielnego tworzenia poezji, już od dłuższego czasu samo jej czytanie w wydaniu innych mi nie odpowiadało.
Nie miałam też jednak chęci do działania - mgliste, szare dni dały mi popalić - ciągle byłam otępiała, zmęczona i bardzo senna mimo suplementacji czy to witaminy D z K czy magnezu. Nic mi nie pomagało. Byłam tą sytuacją przytłoczona, dzień za dniem mi umykały i nic sensownego nie robiłam - nawet terminarza nie chciało mi się uzupełniać, a stalówki i ćwiczenia kaligraficzne schowałam głęboko do szuflady “na lepsze czasy, na kiedyś”.
Usiadłam jednak sama ze sobą i zapytałam “Co dobrego mogę zrobić dla siebie zamiast znowu uciekać w sen, aby poczuć się lepiej ?”
Odpowiedź wyświetliła mi się w głowie jak neon - SIADAJ DO POEZJI !!!-
Ten neon najpierw mnie mocno raził, tak z godzinę, później sama sobie wmawiałam, jak bardzo mi się nie chcę, że w tym stanie na pewno nic nie wymyślę, ale w końcu skapitulowałam. Wiedziałam, że neon w mózgu nie zgaśnie dopóki nie zajmę się tym co mi nakazuje.
I to był strzał w dziesiątkę !
Między chmurami papieru mnożyły się słowa łączące się w wiersze, atrament chwytał  kłębiące się słówa i była poezja, i coraz więcej jej było - a energia płynęła do mnie strumieniami światła koloru nieba przede mną, które usiadło na stole - które sama tworzyłam. Już nie byłam senna, czułam twórczą radość, uśmiechałam się od ucha do ucha na myśl, że nowe perełki dołączą do zestawu wcześniejszych i kiedyś urodzi się z tego piękny tomik.
Ale kilkoma się z Wami podzielę z radością na sercu:

-BALET-
Kiedy ubieram emocje
w papierowe sukienki
są dla mnie łatwiejsze
do rozluźnienia.

-  NWW -
Żyję ostrożnie.
Zachowawczo.
Nie stać mnie na żaden
wszelki wypadek.



-NiedoróbKAocham-
Nie dotknę
Cię dzisiaj oddechem,
bo mi okno
spadło na
serce.

-L4-
Jestem dziś
chora na nierzeczywistość
Marzeń.

-Konfesjonał-
Boli mnie Człowiek
na znaki zapytania.
I Tęsknota
bez wykrzykników.

Mam nadzieję, że miło Wam się czytało moje miniaturki. Ja zaś nauczyłam się, że nawet jeśli zupełnie nic się człowiekowi nie chce to jeśli wykona pierwszy krok w stronę swojej pasji to wsiąknie totalnie. Gwarantowany napływ energii, radości, uśmiechu, sił oraz pokonanie zmęczenia.

Pozdrawiam serdecznie i uciekam poetyzować sobie dalej.
Uściski

Wasza Ewelina 

wtorek, 7 marca 2017

Ewelina Zach: Dotyk a NIE...

...

Są ludzie, którzy słowem potrafią dotknąć duszy. Są ludzie przeszywający na wskroś. Są treści, które czytasz i słyszysz oddech i głos. Są w końcu autorzy, którzy nie słowa, a dotyk dają palcem swojej twórczości. Od razu zaznaczam, że dotyk ten nie jest zawsze przyjemny - czasem pali jak ogień, czasem boli jak wdepnięcie w tłuczone szkło, czasem mrozi na wskroś. Ale zawsze Go czujesz. Zawsze mocno i wyraźnie. Zawsze jest. Pomimo, że słowo, że poezja.

Ja przez ostatni tydzień zgłębiałam miłą sercu twórczość Kai Kowalewskiej. Dotarły do mnie trzy pozycję z dedykacjami - Melanżcholie, Play Listy oraz Niebospiecznik. Kaję poznałam on-line poprzez jej profil facebookowy “chaos i inne piętra” a także wymieniając z nią wiadomości - sama również od wielu już lat piszę wiersze. Chciałam poznać osobę, która nie tylko myśli podobnie do mnie ale też ma podobny styl pisania i odczuwania/odbierania otaczającego nas świata. W wymienianych z Kają wiadomościach zawsze płynie ciepło i uśmiech dłoni pędzących za literami po klawiaturze - a może przed? Nie wiem, nigdy nie widziałam jak Kaja pisze… Ona, również jako osoba z wykształceniem polonistycznym i ogromną wiedzą, potwierdziła mnie jako dobrego poetę - dostałam zwrotną odpowiedź, że dobrze piszę, że ciekawie piszę, że mam oryginalny, dobry, ciekawy styl. Wsparła mnie też w chorobie szczerą rozmową, śląc mi kawałek swojego chaotycznego serca do poduszki gdy wycierałam o nią łzy. Jaką mamy relację? Nie częstą, choć chciałabym więcej - jeszcze nie osobistą, choć umawiamy się na spotkanie w Łodzi, gdzie mieszka. Poetycką - bo tylko pisząc z drugim poetą można pisać “po swojemu” i być zrozumianym.

Ale wróćmy do książek, które mnie poruszyły. Zaczęłam lekturę od powrotu do Chaosu, który był pierwszy, najważniejszy - którym Kaja zaszumiała. Chciałam sobie przypomnieć Jej sposób widzenia świata oraz przelewania go na papier.
Później wczytałam się w Melanżcholie. Pełne wspaniałych miniatur twórczych - smakowałam powoli, zatrzymując się na każdej. Bo tak pisze Kaja - macha Ci przed nosem wielkim znakiem STOP przed oczyma i nie ma odwrotu, musisz się zatrzymać na przerwę na zadumę. Na myślenie. Na chwilę patrzenia w herbatę, ścianę, okno… Bo jest świeżo malowane serce… Melanżcholie mają mnóstwo twarzy. Co forma to twarz a form mnóstwo - znalazłam tam i prozę poetycką i sentencje. Przeczytałam też mnóstwo pięknych miniatur mówiących więcej niż tysiące słów kilkoma tylko użytymi w treści. Były też myśli pisane kredą oraz fotografie wydarte wprost z otaczającego autorkę Chaosu…. cudnie było… po przeczytaniu poszłam zrobić już trzecie kakao - bo czytałam długo, ale ciągiem, jedna strona za drugą bo tak mi się pięknie łączyły.

Później udałam się na spotkanie Lei - to główna bohaterka pierwszej książki Kai - “Play listy, czyli nie wszystkie fobie są o miłości”. Tu zatrzymałam się na dłużej. Na 4 dni. 4 dni histerii, zaburzeń, zagubień, za-marzeń, zamyśleń oraz kieliszki wina. Ciągle pisało do mnie Echo Serca. Krzykiem myśli, łzami pożądania, ciałem oddechu, tęsknotą spojrzeń i życiem - codzienną walką w chaosie o lepsze wczoraj i dobre dziś. Żeby być. Choćby jakoś ale TU. Śmiałam się, płakałam, serce mi drżało i dłonie gdy chciałam przytulić Leę do duszy. Piękna książka przy której czas nie miał dla mnie znaczenia, wsiąkłam na Amen - Bóg zapłacz. Nie chciałam by ktokolwiek mi przeszkadzał. Obecność - dziękowałam Losowi za te dni L4 - od rana do 15 mogłam czytać bez skrępowania, że olewam MM (skrót od mój mężczyzna, który zapożyczam z bloga www.simplicite.pl - bardzo zmyślnie jego autorka stworzyła ten przydatny skrócik, swoją drogą blog też polecam - morze inspiracji) - trzeba było tylko czasem ogarnąć obiad, sprzątnąć coś albo uruchomić pranie aby pralka robiła swoją misję - ale to były przerywniki aby się poruszać i zejść z fotela, krzesła, podłogi i poruszyć trochę ciało - dla zdrowia, bo dbać muszę…

Nie umiem wam opowiedzieć Kochani Niebospiecznika. Brakuje mi rąk na literach, brakuje mi klawiatury oraz spójnych myśli sklejonych w słowa. Posłużę się więc gotowym opisem ze strony Wydawnictwa Novatorja:

„nie jestem 
ani z piekła

ani z raju
szukam nieba
po drugiej stronie ziemi”


„Niebospiecznik” Kai Kowalewskiej to niezwykła książka poetycka, podróż po ulicach miasta i nieba. Ulice i skrzyżowania stają się miejscem walki dobra ze złem. Wierszami płynie masa, maszyna, miasto i miłość. To tutaj spotyka się sacrum z profanum, anioł z diabłem. Dodatkowym elementem są niebospieczne fotografie zawarte w tomie. Przyciągają, zatrzymują, hipnotyzują wzrok i elektryzują duszę.

Po lekturze napisałam kilka słów podziękowania do Kai Kowalewskiej. Za Piękno, za Słowa, za Prawdę oraz za Odwagę płynącą z Jej twórczości oraz wsparcia. Podziękowałam też za Serce - bo w twórczości Kai jest go mnóstwo. Cieszę się, że mogę mówić, że to moja Znajoma - jeszcze taka on-line, jeszcze bez spojrzenia, dotyku i głosu ale już bliska - wierzę, że niebawem zgram z Nią harmonogram mojego chaosu i zejdziemy się w jakiejś łódzkiej kawiarni na spotkanie poetyckich dusz w chmurach któregoś nieba radości słów.

Kolejny dzień. Poranek. Południe. I to Przed i Po. I Pod. I Wieczór. Wieczorek taki. I Noc. Ciemna. I Wszystko choć Nic tylko widać przykryte czarnym koNOCem. I różowy Księżyc. Śpiewa mi. Trzy strony dalej. Jestem.
Zaczynam wracać do pisania. Swojego. Odważnie. Otwieram Zeszyt. Z błękitem nieba na piórze. Odważnie. Bo życie jest Dziś. Nie wiem Jutro. Czuję...
Dziś dostałam igłę i zszyłam płótno pasji. Znów jest całe. Jeszcze piękniejsze niż Przed. Czytam siebie. Uśmiechem. Bez I.
Nigdy więcej nie pozwolę by Ktoś bolał moje wiersze. Może odłożę w końcu i wydam z pomocą Kai swój tomik. Jak mi się uda na pewno się tu pochwalę.

Tu można zamówić poezję i książki Kai - ja poluję na nową książkę Kai “Siedem grzechów głuchych” - może Autorka mi ją podaruje na spotkaniu z dedykacją - bardzo na to liczę, bo chciałabym już tak nie pocztą ale dłoń w dłoń i serce w serce twarzą w twarz…

Dobrego dla Was - od serca polecam poezję, nie tylko Kai Kowalewskiej ale tak w ogóle, taką na jaką macie chęć - poezja porusza w sercu struny wrażliwe…



Ewelina

poniedziałek, 6 marca 2017

Ewelina Zach: Czasami jest trudniej niż trudno

Cześć Kochani,

mam za sobą kolejny zjazd w Poznaniu. To już półmetek Lucek podczas tego weekendu dał mi potwornie w kość. Już w pociągu pojawiła się okropna biegunka. Może i by mi nie przeszkadzało bieganie do toalety co pół godziny, gdyby nie nadmierne chowanie się jelita, skurczanie i zapadanie co zmuszało mnie do wymiany worka przy każdej wizycie w toalecie. A treść jelitowa drażniła skórę, zadając coraz większy ból. Dziękowałam w myślach intuicji, że coś mnie tknęło i spakowałam sobie nieco więcej worków różnego typu - tuż przed wyjściem. Nie krygowałam się przed podróżującymi ze mną w przedziale ludźmi - po 4 wypadzie do toalety powiedziałam im jaki mam problem co przyjęli z ogromną życzliwością i
zrozumieniem. Jedna Pani podzieliła się nawet ze mną blistrem leku na biegunkę “na wszelki wypadek” a którego nie miałam akurat ze sobą. Wykończona, jeszcze 5 wymian worków później, dotarłam do Poznania, a później taksówką do hostelu gdzie nocuję. Lucek pod wieczór odrobinę się uspokoił ale mimo to zażyłam na noc lek, aby powstrzymać nadmierny wypływ treści jelitowej. Poprosiłam też obsługę hostelu o dodatkowy zestaw pościeli i worki na śmieci - ponieważ nocuję już regularnie wszyscy z obsługi wiedzą o moim problemie i mają dla mnie dużą wyrozumiałość oraz służą pomocą. To w tak trudnej sytuacji, którą bardzo trudno przewidzieć daje ogromne poczucie komfortu, akceptacji, zrozumienia i bezpieczeństwa.



Ale największe poczucie bezpieczeństwa daje posiadanie przy sobie odpowiedniej ilości sprzętu stomijnego i wewnętrzny spokój, że mimo iż woreczków pójdzie więcej to mając zapasy z okresu gdy “jest okay” będę w stanie przetrwać do następnego limitu. Dziękuję losowi też za Alicję - koleżankę poznaną na grupie stomijnej, która mieszka w Niemczech i raz na trzy miesiące podsyła mi paczkę ze sprzętem, który, ponieważ w Polsce niedostępny, bardzo oszczędzam, stosuję w wyjątkowych sytuacjach i staram się Nim dzielić z innymi. Sobota i niedziela też były ciężkie. W sobotę na zajęciach, mimo iż były bardzo ciekawe, nie umiałam się skoncentrować. Kładłam każde ćwiczenie z negocjacji - aż koleżanka z roku zwróciła mi uwagę, że to do mnie niepodobne. Cały czas się stresowałam stomią oraz workiem i co godzinę,  półtorej lub w momencie gdy wydawało mi się, że coś nie gra biegałam do toalety. Bardzo mnie to drażniło, bo straciłam nieco wiedzy z bardzo ciekawej tematyki przez swoje częste wychodzenia z sali wykładowej. Na szczęście wymiana worka w trakcie zajęć w sobotę była tylko raz. Później było miłe wyjście do lokalu niedaleko uczelni ze znajomymi na dwie godziny.Prawie zapomniałam o problemach z jelitami. Ale noc dała znowu w kość. Średnio co dwie godziny a czasem i co 15 minut biegałam wypróżnić worek i totalnie się nie wyspałam. Momentami siedziałam na łóżku, płakałam i śmiałam się na przemian jedząc gorzką czekoladę, której nie cierpię, żeby tylko zatrzymać biegunkę, bo już nawet tabletki nie chciały pomóc, a nie wolno też brać ich zbyt wiele. Efekt tej bezsennej nocy był zabawny - jakimś cudem nie tylko klepnęłam budzik gdy dzwonił, tak że mnie nie obudził ale też przestawiłam sobie zegarek w smartfonie o godzinę do przodu, nieświadomie. I w efekcie w panice wstałam, według mnie, o 7:13 na szybko brałam prysznic, na wariata się ubierałam i zażywałam leki, biegiem zmieniałam worek bo po tak intensywnej NOCY OCZYSZCZENIA czułabym dyskomfort idąc w nim na zajęcia. Śniadanie robiłam w biegu zakładając, że nie zdążę go zjeść na spokojnie i że muszę zjeść na uczelni. Gotowe bułki na szybko spakowała mi Pani z hostelu kiedy ja pobiegłam się do końca spakować i ubrać. Ogarnęłam się 8:40 (mojego czasu) i zadowolona, że się nie spóźnię poszłam na tramwaj. Zadzwonił mój Narzeczony i z rozmowy wynikło, że mój zegarek wprowadził mnie w błąd bo jest dopiero 7:40. Niestety już jechałam na uczelnię. Na szczęście udało mi się znaleźć jedno miejsce, które było już czynne w niedzielę i wypić herbatę oraz zjeść śniadanie. Byłam już totalnie odjechana i nie wiem czemu widząc ludzi pod salą wykładową, gdzie mają być moje zajęcia stwierdziłam nagle, że to może mi się pochrzaniło i mam iść piętro wyżej. Sami widzicie, że byłam już wyczerpana. Gdzieś z tyłu głowy majaczyło mi wyobrażenie jakby to było gdyby z limitami na sprzęt stomijny się pogorszyło. Chyba w takiej sytuacji, nie mając wystarczającej ilości worków stomijnych byłabym zmuszona do rezygnacji z dalszej edukacji. No bo jak jechać na weekendowy zjazd kiedy mam świadomość, że mam np. tylko 3 worki ze sobą i jak mi nie starczą to nie będę miała ani jak funkcjonować ani jak wrócić do domu ani w ogóle wyjść z hostelu, a z drugiej strony mogłabym może zaryzykować i wziąć ich więcej ale licząc się z tym, że limitu mu absolutnie nie starczy i będę się drapać po głowie co robić albo zostawać w domu z przyklejonym do skóry workiem foliowym aby nie nabrudzić w mieszkaniu. No i w związku z tym nie pójdę do pracy. Pytanie tylko jak to wytłumaczę - bo l4 raczej na wydalanie nie dostanę, prawda? To byłby dramat. Bo tylko na tym zjeździe, oprócz ogromnego wyczerpania samej siebie wyczerpałam też zabrany “dodatkowy zapas” 14 worków i zostały mi tylko 3 z tych podręcznych w plecaku. Muszę się też podgoić. Poniedziałkowy poranek wyczerpał moją skórę zupełnie - o 5 rano razem z Narzeczonym ratowaliśmy łóżko przed potokiem treści jelitowej, a skóra już doszła do granic wytrzymałości. Ale dziś mam dobry limit. Dziś mam odpowiednią ilość worków. Dziś mogę sobie pozwolić na pastę gojąco-uszczelniającą, na pudry i maści oraz inny sprzęt do pielęgnacji skóry wokół stomii, który pomoże mi wygoić skórę po tym trudniejszym niż trudnym weekendzie. I dałam radę dotrzeć do pracy. Dziś wiem, że w tydzień do dziesięciu dni się podgoję, bo mam czym. Dziś nie muszę brać tylko worków i dopłacać za akcesoria. Dziś mogę się realizować w życiu. A polityka myśli - a ja trochę się boję. Bo nie wiem co się wydarzy w kwestii limitów na worki dla stomików. Boję się, że będzie gorzej. I boję się, że wtedy moje życie zmieni się na gorsze. Czuję strach. I nadzieję, że zło może się nie wydarzy - bo tylko ona mi została - nadzieja, że jako stomicy zostaniemy usłyszani, że wszystkie fundacje i stowarzyszenia, które o nas walczą i walczą z Nami doprowadzą do tego, że zostaniemy zrozumiani i zmiany w ustawie refundacyjnej w przypadku naszych worków, jeśli zajdą, będą pozytywne albo że przynajmniej zostanie tak jak jest. Wtedy sobie poradzimy. I będziemy wciąż mogli być sobą.

Trzymajmy kciuki i głośno krzyczmy Kochani - bo po tym weekendzie jeszcze mocniej czuję jak bardzo to ważne, abym miała sprzęt, który uratuje mnie w trudnej sytuacji i, może z bólem, ale pozwoli realizować swoje życiowe cele. Bez zamykania się w czterech ścianach smutku i rozpaczy.

Pozdrawiamy - ja i niesforny Lucjan,


Ewelina

poniedziałek, 13 lutego 2017

Ewelina Zach: Skupienie na tym, co złe. ODWRÓĆ.

Cześć Kochani,

wybaczcie mi kilka dni milczenia. Starałam się w pełni dojść do zdrowia aby dzisiaj już pełną parą dotrzeć do pracy. Udało mi się - wstałam rano pełna sił i gotowa na wszelkie wyzwania. 

Chciałabym poruszyć dziś ważny dla mnie temat. Zauważyłam wśród moich znajomych, że niemal każdemu z nich łatwo przychodzi narzekanie na siebie. Zbyt często i ze zbyt dużą łatwością krytykują samych siebie - nos za duży, biust za mały, wzrost nie taki, nogi krzywe albo za grube, albo za chude itp. Chorując jeszcze łatwiej jest mieć do samych siebie pretensje. Mnie bez problemu przychodzi narzekanie na stomię, kolano, że obcasów nie ponoszę - bo kolano niesprawne, że wielu ćwiczeń, które bym chciała nie mogę wykonać, że płynąc kraulem czy grzbietem nie zrobię pięknego nawrotu fikołkiem i że obcisła krótka bluzka jest za obcisła i za krótka, bo stomia spod niej wyłazi. No i ciągłe problemy z zębami, bo leki i wieczne nieogarnięcie. Dziś jechałam nawet do Fundacji z duszą na ramieniu, bo moje jelitko postanowiło się schować i podciekło. Całą drogę modliłam się w duchu aby worek wytrzymał i żebym dotarła do biura - na szczęście udało się dojechać w czystym ubraniu, z tylko delikatnie podrażnioną skórą.

Sami widzicie - narzekanie i pretensję do samej siebie mam we krwi. Moje znajome też często na siebie narzekają - a że finanse u nich leżą, bo nie umieją oszczędzać, a bo nie są tak poukładane a ich życie nie jest tak piękne jak to, które można zobaczyć na Instagramach znanych blogerek, że brakuje im umiejętności orientacji w terenie, że nie są dobrymi córkami/matkami/siostrami.
Zauważyłam, że takie narzekanie obniża poczucie własnej wartości, pogarsza samopoczucie, sprawia że nie widzimy w sobie nic dobrego i im częściej mówimy o sobie źle, tym mocniej te słowa faktycznie oddziałują na rzeczywistość. Generalnie o tym, co w sobie lubimy mówimy dużo rzadziej. Jakoś się nie składa, jakoś nie ma okazji, jakoś, mam wrażenie, brak na to społecznego przyzwolenia. Często słyszę, że ktoś np. nie jest zadowolony ze swojego koloru oczy ale nigdy nie słyszę słów odwrotnych “lubię swój kolor oczu”. To absurdalne. I bardzo smutne.

Chciałabym to zmienić, przestać skupiać się na tym, co mi się nie podoba. Odwrócić lustro na swoją korzyść, otworzyć duszę na uśmiech. Dziś jest ten moment. Chcę Wam powiedzieć co w sobie lubię i czemu - i poprosić byście w komentarzach napisali co najmniej dwie rzeczy (choć chciałabym więcej) za które lubicie samych siebie. Do dzieła - doceńmy siebie! Ja zaczynam:

  1. Lubię swoje 158 cm wzrostu - mówi się, że małe jest piękne. Zgadzam się z tym. Poza tym czasem, gdy wybieram się z Ukochanym na eleganckie wyjście gdzie nie będę dużo chodziła, mogę sobie pozwolić na założenie dość wysokich obcasów wiedząc, że i tak nie będę wyższa od Rafałka nawet stojąc.
  2. Lubię to, że nie przejmuję się tym jak odbierają mnie inni - że nie jestem odpowiednio dojrzała/dorosła - to pozwala mi być sobą i kiedy chcę dopuszczać swoje wewnętrzne dziecko. Ułatwia mi to też samoakceptację.
  3. Lubię swoje oczy - jako całość. Są pięknie błękitne, mają ładny kształt, są wyraziste i nie są zbyt głęboko osadzone. Mało tego, są dosyć symetryczne i mają piękną oprawę.
  4. Lubię moje milion pomysłów  na minutę - czasem to może sprawia, że jestem chaotyczna ale w sumie pozwala mi się nie poddawać. Wiem, że jeśli na realizację jakiegoś pomysłu nie pozwoli mi zdrowie, to mam jeszcze mnóstwo innych i zrealizowanie któregoś musi się udać.
  5. Lubię swoją odwagę - nabrałam jej w ciężkich chwilach i teraz zawsze staram się iść do przodu, nawet jeśli trochę  boli i nie zawsze jest przyjemnie.
  6. Lubię swoje usta – ostatnio przy kolejnym spocie dla fundacji oddałam się w ręce makijażystki, która powiedziała mi, że wiele modelek robi sobie mnóstwo zabiegów kosmetycznych, wstrzykuje kwasy hialuronowe, botoxy itp. aby mieć takie usta jak moje. Zwłaszcza, jak to ujęła “serduszko” na górnej wardze - podobno atrybut kobiecości.
  7. Lubię swoje zamiłowanie do prostoty - sprawia mi radość i daje satysfakcję, że nie czuję musu gonienia za trendami, że muszę mieć torebki za 3000 zł, nie muszę mieć stu par butów i dziesiątek niepotrzebnych mi ale modnych rzeczy. Lubię swój umiar i minimalistyczne podejście do życia, które pozwalają mi oddzielać rzeczy ważne i niezbędne od niepotrzebnych.
  8. Lubię swoje uśmiechnięte podejście do życia - cieszę się, że staram się widzieć pozytywne strony życia i każdego dnia dostrzegać dobro w innych wokół siebie.
  9. Lubię swoje paznokcie - są twarde, zdrowe i niełamliwe oraz dosyć szybko rosną ładne i kształtne.
  10. Lubię swoją gadatliwość - kiedyś postrzegałam ją jako wadę a dziś pozwala mi ona na śmiałe poznawanie innych ludzi oraz na opowiadanie im ciekawych rzeczy - często słyszę, że niezły ze mnie gawędziarz i ludzie autentycznie chcą mnie słuchać, gdyż mówią, że to co mam im do powiedzenia wzbudza ich zainteresowanie.
A Ty co w sobie lubisz? Za co cenisz samego siebie? Z czego jesteś dumny/dumna? Podziel się proszę ze mną w komentarzu - pochwal się sobą i pochwal siebie - tak szczerze i od serca - to pierwszy krok do lepszego samopoczucia.

Ślę Ci serdeczności Drogi Czytelniku, miej dobry dzień :-)

Ewelina

środa, 8 lutego 2017

Ewelina Zach: Żyć wystarczająco dobrze

Dzień dobry.

"Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i swoje własne uczucia. Poświęcać się temu, co sprawia przyjemność. Ja zapisuję rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę. (...) Jeśli człowiek chce za dużo osiągnąć, zaplanować, zrealizować, to jest stale z siebie niezadowolony. A może po to, by być z siebie zadowolonym, wystarczy robić rzeczy, które są potrzebne, godziwe, warte, dobre, bez wymagania od siebie więcej niż można osiągnąć./prof. Wiktor Osiatyński/ - na te słowa trafiłam dziś w odmętach internetowych czeluści.

Czyż to nie jest kwintesencja właściwego podejścia do życia? Wymagać od siebie, ale bez przesady, starać się być dobrym - ale nie perfekcyjnym, dbać o siebie wsłuchując się w swoją duszę. Realizować tylko to, co czujemy, że chcemy robić. Nie okłamywać samych siebie i nie brać na siebie za dużo. Być wobec samego siebie szczerym, otwartym i otoczyć się troską. Wstać rano, spojrzeć w lustro i zapytać samego siebie jak najlepszego przyjaciela „Witaj mój Drogi, co mogę zrobić dzisiaj dla Ciebie abyś czuł się dobrze?” To prawda, że w dzisiejszym świecie wszyscy planują, osiągają, realizują i ostatnio nawet ja trochę się w tym pogubiłam i dałam się porwać nadmiarowi narzucanych sobie „powinnam” „muszę” „trzeba” „należałoby” – i całkiem popłynęłam chcąc osiągać to wszystko asap, jak mówi „korpomowa” – czyli najszybciej jak to możliwe. W efekcie doszłam do momentu, w którym czego bym nie zrobiła było źle, niedobrze, za mało perfekcyjnie. Cieszę się, że znalazłam ten cytat i zatrzymałam na nim spojrzenie na dłużej. Poczułam jak wraca moje poczucie równowagi.

Dzisiaj siadam do swojego kalendarza. Chcę go uzupełnić i dobrze go sobie rozplanować w myśl słów profesora. Poczułam przypływ spokoju, którego i wam życzę w dzisiejszej - mocno zabieganej - teraźniejszości.

Pozdrowienia,
Ewelina


P.S. Tak, dotarły stalówki – jutro zrobię z nich użytek i pochwalę się efektami J



poniedziałek, 6 lutego 2017

Ewelina Zach: Play listy


Dzień dobry.

Wstałam. Jakoś. Trudno było. Bardzo. Godzina przed wstaniem to były filmiki z kotami i psami na Youtube. Ale wstałam. Zjadłam śniadanie i zażyłam standardowo swoje leki. Obdzwoniłam rodzinę. Totalnie dzisiaj się nie mogę zebrać w sobie ani obok siebie. Obdzwoniłam rodzinkę, bo tęsknią – ja w sumie też.

Cisza jest dziś zielonym oddechem na błękicie niepamięci chmur o niczym… nie chcę po prostu nie być ale nie jestem wcale i nigdzie. Sięgam po książkę Kai Kowalewskiej – czytając zatrzymuję się ilekroć pojawia się jakiś utwór muzyczny w treści i staram się poczuć historię, jaka biega po kartkach jej książki – jestem chora na fobię – a nie wszystkie są o miłości. Zasłuchuję się w utwór Myslovitz – W deszczu maleńkich żółtych kwiatków. Tak mi brakuje radosnej żółtości słońca i bieli innej niż biel śniegu i brakuje mi błękitu nieba – taki sam kolor ma moja miłość i ulubione szklanki głównej bohaterki w książce Kai. Zastanawiam się czego mi brakuje i czytam tekst piosenki, który napisałam dla Przyjaciela – brakuje mi pisania, brakuje tworzenia, ale nie wpisów i prostych zrozumiałych słów. Brakuje mi moich różowych słoni i waty cukrowej, które nie każdy rozumie od razu na wskroś, a prędzej nikt nie rozumie wcale – tylko ja i moja dusza znamy i rozumiemy swój własny dowcip tak na sto procent. Zaczynam rozumieć, że gdzieś w środku samej siebie potrzebuję napisać swoje słowa i ubrać je w kreacje, które dla nich uszyję. 

I zgubiłam fleksującą stalówkę. Zamówiłam już nawet taką samą i jeszcze drugą. Bo podobno pisać piórem to nie to samo co pisać stalówką na nasadce. W sumie nie podobno bo już pisałam i wiem, że na pewno. Brakuje mi jeszcze dobrego atramentu, chciałabym mieć ich pięć i żeby każdy miał inny odcień niebieskiego – i turkus, i granat: jasny i ciemny, i mroczny też. Ale nawet to nie jest tak ważne jak sam w sobie proces twórczy. Zastanawiam się i głowię czemu tak się ciągle plątam (albo może plączę) na coraz to kolejnych studiach, pisząc coraz to nowsze prace o rynku aptecznym i reklamach suplementów skoro tak naprawdę chcę pisać i tworzyć o emocjach, życiu i papierze uczuć – ale trzeba, jak się coś zaczyna to trzeba to skończyć. 17 lutego jadę na piąty zjazd z dziesięcu więc jestem w połowie drogi. Muszę też – albo raczej podjęłam taką decyzję – do 15 lutego napisać pierwszy rozdział swojej pracy podyplomowej. Ale na razie wrócę póki co do Lei i książki Kai – tak nietypowej, tak głośno krzyczącej i cicho oddychającej słowami.

P.S. Pierwsze 25 minut z hantelkami zaliczone po śniadaniu – dałam radę choć trochę bolą mnie ramiona – dobrze, że nie dłonie i palce, bo nie napisałabym postu. Poza tym dziś dzień mailowy – będzie dużo wysyłek pocztowych na skrzynkach mailowych ;-)

Pozdrowienia, Ewelina


P.S. 2 Mam dzisiaj siłownię słów – oby cuda istniały naprawdę…

niedziela, 5 lutego 2017

Ewelina Zach: Weekendowe lenistwo


Dobry wieczór.

Wam też weekend minął tak szybko? W soboty zawsze z Rafałkiem jemy wspólnie śniadanie – zazwyczaj świeże pieczywo z twarożkiem. Tak było i wczoraj. Później dzień mijał zwyczajnie – robiliśmy porządki, pranie,  leniuchowaliśmy i trochę świrowaliśmy. Dostałam też trochę weny i w sobotę sobie nieco kaligrafowałam. Nawet listę zakupów wykaligrafowałam. A co! W niedzielę ulepiliśmy razem pierogi ruskie na obiad – było arcy pysznie. Wieczór upływa mi na oglądaniu ulubionego serialu Zaklinaczka Dusz. Uwielbiam Jennifer Love Hewitt. Ten serial jest jakiś taki ciepły, prosty i uśmiechnięty zarazem, jak dla mnie idealny.


Smutno mi trochę bo przede mną cały tydzień siedzenia samotnie w domu. Pocieszam się, że trochę zajmę się pracą a trochę przyjemnościami. Opracowuję pewien projekt i ciągle go poprawiam – nie podoba mi się jego wydźwięk, muszę sobie opracować jakiś język – prosty ale też miło mi brzmiący – to nie łatwe zadanie przetłumaczyć polski język medyczny na polskie NASZE PROSTE I ZROZUMIAŁE. Posiedzę trochę w literaturze i w sieci i popatrzę na mowę potoczną oraz uproszczenia. Mam nadzieję, że błyśnie mi w głowie wena  - mam świadomość, że to nad czym pracuję jest ważne, może dlatego nie chcę sknocić i oddać byle czego. Poza tym znowu odzywa się we mnie ten perfekcjonizm, który nie pozwala mi na robienie czegoś na pół gwizdka. Proszę więc o kciuki bo w tym tygodniu potrzebuję nieco weny – a przyznam szczerze, że w dobie kompletnego braku słońca od kilku dni jest o nią naprawdę ciężko. 

Od kilku dni siadam do komputera tylko po to, aby nakreślić do Was Kochani kilka słów albo obejrzeć Zaklinaczkę. Poza tym to nie mam w ogóle ochoty siedzieć przed komputerem – i to nawet nie jest poczucie jakiegoś lenistwa tylko jakaś wewnętrzna niechęć i ciągła senność z braku słońca. Zwiększyłam sobie dawkę witaminy D3, staram się wietrzyć częściej pokój, pić soki owocowe, wcinać kiszonki oraz jabłka i codziennie uśmiechać się rano do lustra ale ciągle czuję się „rozmemłana” i „rozdziamorzona” i mam ochotę tylko „płaszczyć dupsko” pod kocem z książką w ręku. Ale staram się nie poddawać. I dobrze, że mam obiad w zapasie.

Pomysły od Was na pokonanie tego dziwnego stanu w komentarzach są mega mile widziane. Może podacie jakieś swoje sposoby na walkę ze sobą kiedy brak słońca chowa Naszą aktywność głęboko do szafy?

Buziaki znad literatury, E


P.S. Narzeczony kupił mi hantelki, sztuk dwie – będę ćwiczyć po 20 minut dziennie od poniedziałku, może to coś da ? Niestety nie mogę pójść na spacer ani nic z tych rzeczy, bo lekarka zabroniła, ale mam nadzieję, że ta mała aktywność nieco doda mi wigoru i sił :)

czwartek, 2 lutego 2017

Ewelina Zach: Wychodzę na prostą

Witajcie!

Mam za sobą kilka ciężkich dni: gorączka grubo powyżej 38 kresek, szarpiący kaszel, brak sił, ogólne rozbicie i ciągły ból głowy. Na szczęście okazało się, że to „tylko” zapalenie górnych dróg oddechowych - najpewniej oskrzela. W międzyczasie byłam zmuszona kontaktować się z prowadzącą mnie gastrolog z Łodzi bo pierwszy antybiotyk, który dostałam zaszkodził mi. Dostałam inny i było nieco lepiej, choć nie doskonale. Jak to na antybiotyku. Zmagałam się przez to z biegunką. Na szczęście leki za mną a stomia zachowywała się nadzwyczaj dobrze. Woreczek trzymał się bez problemu 2-3 dni i nie podciekał, mimo że treść była nieco bardziej płynna niż zwykle. Dzięki temu jeden problem z głowy i mogłam się skupić na powrocie do zdrowia.

Z dobrych wieści - dostałam przedłużenie renty socjalnej ZUS do 31 stycznia 2019 - trafiłam na Pana Orzecznika, który wykazał się doskonałym zrozumieniem moich problemów zdrowotnych. Przyznam szczerze, że bardzo się tą komisją denerwowałam. Cieszę się, że mam to za sobą.

No i przeprowadzka w toku. Zwieźliśmy z Narzeczonym resztę moich rzeczy z Tarnowa i w miarę sił staram się powolutku rozpakować te wszystkie swoje graty :-) Dużo tego nie ma ale pokój nie jest duży więc wygląda na zagracony gdy leżą w nim pudełka.

Lecę zaparzyć sobie swoją zdrowotną herbatę - napar owocowy z malinami. 


Do następnego

piątek, 27 stycznia 2017

Ewelina Zach: sezon na kaszel i kichanie


Dzień dobry.

No to mam moją rewolucję. Jak mnie dopadło to na całego. Byłam nawet na nocnym dyżurze u lekarza bo zaczęłam czuć się bardzo źle i wyskoczyła mi wysoka temperatura. Do tego zaczął mnie męczyć silny kaszel. Ponieważ mam Crohna to dla mnie nie są przelewki i muszę zawsze reagować od razu.  Pani doktor stwierdziła, że sprawa jest poważna - usłyszała dość wyraźne szmery na wysokości płuc. Przepisała mi antybiotyk i kilka innych leków oraz kazała mi wykonać prześwietlenie klatki piersiowej. Jeśli na nim wyjdzie, że faktycznie jest zapalenie na płucach to będzie trzeba znacznie przedłużyć leczenie. Trochę mnie to zestresowało bo od dłuższego czasu jako takich infekcji nie miałam a tu nagle mnie dorwała choroba i to od razu tak poważna. 

Ale staram się być dobrej myśli, zażywam przepisane leki i staram się pić dużo wody oraz jeść 5 małych posiłków dziennie - bo jakoś opuścił mnie apetyt. Nie bronię się też przed snem. Jest on przecież jednym z najlepszych lekarzy. Od lekarki dowiedziałam się też, że teraz jest jakiś wysyp gryp i chorób górnych dróg oddechowych. Na szczęście nie jestem jakimś wyjątkiem. Trzymajcie kciuki za mój powrót do zdrowia żeby rtg w poniedziałek nie wykazało nic niepokojącego.


A jak ze zdrowiem u Was?  Jakie macie metody walki z chorobą?  


Ślę Wam tymczasem pozdrowienia spod koca.


czwartek, 26 stycznia 2017

Ewelina Zach: To będzie rewolucja!

Hej, 

nie pisałam dłuższą chwilę, bo w moim życiu mnóstwo się działo. Jestem już nie tylko ambasadorką kampanii ale działam w samym jej centrum, bliżej Was i naszych wspólnych spraw. Wraz z nowym rokiem nie tylko postanowiłam się poprawić z aktywnością na blogu, ale zrobić na nim prawdziwą rewolucję - będę z Wami w stałym kontakcie. Stałam się Będę pisała co u mnie słychać każdego dnia zaczynając od dziś. Przeczytacie tu o rzeczach dla mnie ważnych, inspirujących oraz o szalonych pomysłach Lucjana - mojej stomii.

Na początek bardzo ważna zmiana w moim życiu – wraz z Narzeczonym zamieszkałam w Warszawie. To nowy etap mojego życia pod tytułem: ŻYCIE NA WŁASNY RACHUNEK. To ogromne wyzwanie, z którym muszę się zmierzyć – wiecie leki, zakupy, rachunki itp. Po prostu codzienne życie. Wszystkie te sprawy mają jeden wspólny mianownik – a są nim pieniądze. Nigdy nie należałam do osób obeznanych w świecie finansów osobistych. Pieniądze nigdy się mnie nie trzymały. Dotychczas nie chciało mi się za to zabrać. Lecz właściwy moment wraz z inspiracją same nadeszły. 

Od dłuższego czasu obserwowałam blog www.jakoszczedzacpieniadze.pl – mój mężczyzna to zauważył i w rezultacie kiedy on znalazł pod choinką perfumy i szalik, ja dostałam książkę FINANSOWY NINJA Michała Szafrańskiego – tak, tego od bloga.

Teraz już nie było, że boli – podjęłam ważny cel na 2017 rok: do jego końca mam zamiar z pomocą tego podręcznika zostać Finansowym Ninją. Trudne wyzwanie przede mną. Proszę byście trzymali za mnie kciuki. Mam nadzieję, że sobie poradzę – skoro mój Rafał tak sobie z tym świetnie radzi to czemu nie mam dać rady również ja?!

Na koniec chciałam zapytać – czy wy też macie jakieś cele i postanowienia na ten rok? Co jest waszą motywacją do ich realizacji? Jak widać moją jest potrzeba wyższa i chęć opanowania zarządzania swoim portfelem J



Uściski dla Was Kochani i do jutra :)