piątek, 1 września 2017

Falstart

Cześć Kochani,

na zewnątrz powoli robi się już jesiennie – temperatury nie przekraczają 20 stopni, za oknami jest wietrznie, pochmurno, a nawet deszczowo. Ja jednak cieszyłam się bardzo na początek września – zdawało się bowiem, że w końcu znalazłam dobrą pracę. Może nie miało to być nić górnolotnego – ot, pracownik kasy w sklepie spożywczym, ale byłam jeszcze przed sierpniowym odwiedzeniem Tarnowa na kilku dniach szkoleniowych i szło mi naprawdę nieźle. Byłam więc z siebie zadowolona. Poza tym praca w tym miejscu miała naprawdę dużo plusów – nienajgorszy „socjal”, bliska odległość od domu, fajne kierownictwo, zrozumienie i naprawdę sympatyczna atmosfera pracy. Stwierdziłam więc, że póki co mam dosyć szukania na siłę pracy w jakimś odległym biurze. Spodobałam się i etat miałam jak w banku. Niestety, gdy dziś powinnam być w pracy piszę dla Was ten wpis. Niestety za dużo mi się wydawało – w kwestii wymagań i lekkości tej pracy, a rzeczywistość szybko ustawiła mnie do pionu. Rano jeszcze nie było źle – zjadłam z Ukochanym śniadanie, Lucjan wzorowo się wypróżnił aby później w pracy siedzieć cicho, wypiłam spokojnie pyszną herbatę z cytryną, spakowałam drugie śniadanie… Rafał nawet zawiózł mnie do pracy. Dzień zaczął się więc wyśmienicie.

Na miejscu udałam się do szatni, by założyć służbową koszulkę i odłożyć część swoich rzeczy – parasol pod dachem nie jest mi do niczego potrzebny. Gdy siadałam do kasy, by obliczyć ile przed otwarciem sklepu mam gotówki, pani kierownik początkowo chciała mi kazać wrócić się i odnieść dużą torebkę, ale gdy wyjaśniłam jej, że mam tam potrzebny sprzęt stomijny potraktowała mnie wyrozumiale. Trochę się stresowałam licząc ładnych kilka tysięcy złotych, ale inna koleżanka z pracy życzliwie mi pomogła i uśmiechem oraz spokojnym podejściem pomogła mi się wyciszyć. Tak przygotowana zaczęłam przyjmować pierwszych klientów – nieco nieporadnie kasowałam ich zakupy, ale każdy z nich był sympatycznie nastawiony gdy mówiłam, że to mój pierwszy samodzielny dzień na stanowisku pracy. Niestety, jednak w pewnym momencie poczułam, że coś jest źle – na początku myślałam, że to jakieś psikusy Lucjana i że zaraz mi przejdzie, ale ból się nasilał. Sprawdziłam worek i wtedy zobaczyłam, że mój brzuch nieco puchnie i boli. Wystraszyłam się nie na żarty, ale szybko skojarzyłam co może być przyczyną problemu – przez kilka godzin siedziałam i przerzucałam zakupy klientów – a to kilka kilogramów ziemniaków, a to zgrzewka wody mineralnej, a to ciężka główka kapusty. Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo to odczuję. Kulminacją bólu brzucha była sytuacja, gdy pewna kobieta w ciąży zemdlała mi przed kasą i ja oczywiście wyskoczyłam do niej, by jej pomóc. Wtedy dołożyłam sobie już dokumentnie. Potrzebowałam przerwy. Na szczęście koleżanka z kasy obok już wróciła ze swojego przerwy i ja byłam następna. Czując, że chce mi się płakać z bólem obsłużyłam ostatnich pięcioro klientów po czym uciekłam do łazienki. Brzuch bolał bardzo. Nieco spanikowana zadzwoniłam od razu do swojego lekarza. Powiedział mi, że absolutnie nie mogę tyle dźwigać i że praca na kasie nie jest dla mnie. Sugerował bym wróciła do domu i kilka dni nic nie dźwigała, a wszystko się uspokoi. Powiedział, że praca dla mnie to raczej stanowisko biurowe, niewymagające takiego dużego i długotrwałego wysiłku fizycznego. Później informacja dla ukochanego i… Cóż było począć – obolała i przygarbiona ze smutkiem poszłam przekazać tę informację pani kierownik zmiany. Oczywiście nie była zadowolona z tej sytuacji, bo będzie zmuszona zmieniać grafik, ale potraktowała moją sprawę ze zrozumieniem. Musiałam po przerwie i chwili na złapanie oddechu pójść zamknąć kasę – policzyć czy nie brakuje nim kasę przejęła inna osoba. To bardzo ważne w tym zawodzie, bo ponosi się odpowiedzialność finansową. Ja zaś po przekazaniu poszłam najpierw się przebrać do szatni i do pań w kadrach by powiedzieć, że praca jest dla mnie fizycznie zbyt ciężka i że nie mogę jej wykonywać. Nawet tam zostałam potraktowana z ogromnym zrozumieniem. Jedna pani nawet mnie uściskała życząc zdrowia i obiecała, że zostawią sobie moje cv, bo jeśli zwolni się jakieś stanowisko biurowe będę pierwszą kandydatką, którą mają już sprawdzoną. 

Taki to był mój trochę falstart – już wskoczyłam, ale zbyt pewnie i zbyt szybko na te wody, a one okazały się dla mnie zbyt wartkie i zbyt wymagające. Nie żałuję tego doświadczenia. Cieszę się, że świetnie sobie radziłam na szkoleniu i kolejny raz zostawiam po sobie dobre wrażenie. To też jest w pewnym stopniu motywacją do tego, by się nie poddawać, a według mnie to doświadczenie jest też dla mnie lekcją. Już wiem jakiej pracy szukać, a w co się nie pakować. Opuchnięcie okolic brzucha już ustąpiło, ale przez kilka dni będę się oszczędzać w kwestii dźwigania i wszystko wróci do normy. Na szczęście z Lucjanem wszystko okay i nie zrobiła mi się żadna przepuklina. Wierzę, że niebawem znajdę pracę, w której będę sobie dobrze radzić i która będzie dla mnie doskonała. Póki co serdecznie Was wszystkich pozdrawiam razem z Wibrysem, który nieco zaskoczony, że jestem tak wcześniej w domu przytula się do mnie.


Uściski,

Ewelina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz