niedziela, 5 lutego 2017

Ewelina Zach: Weekendowe lenistwo


Dobry wieczór.

Wam też weekend minął tak szybko? W soboty zawsze z Rafałkiem jemy wspólnie śniadanie – zazwyczaj świeże pieczywo z twarożkiem. Tak było i wczoraj. Później dzień mijał zwyczajnie – robiliśmy porządki, pranie,  leniuchowaliśmy i trochę świrowaliśmy. Dostałam też trochę weny i w sobotę sobie nieco kaligrafowałam. Nawet listę zakupów wykaligrafowałam. A co! W niedzielę ulepiliśmy razem pierogi ruskie na obiad – było arcy pysznie. Wieczór upływa mi na oglądaniu ulubionego serialu Zaklinaczka Dusz. Uwielbiam Jennifer Love Hewitt. Ten serial jest jakiś taki ciepły, prosty i uśmiechnięty zarazem, jak dla mnie idealny.


Smutno mi trochę bo przede mną cały tydzień siedzenia samotnie w domu. Pocieszam się, że trochę zajmę się pracą a trochę przyjemnościami. Opracowuję pewien projekt i ciągle go poprawiam – nie podoba mi się jego wydźwięk, muszę sobie opracować jakiś język – prosty ale też miło mi brzmiący – to nie łatwe zadanie przetłumaczyć polski język medyczny na polskie NASZE PROSTE I ZROZUMIAŁE. Posiedzę trochę w literaturze i w sieci i popatrzę na mowę potoczną oraz uproszczenia. Mam nadzieję, że błyśnie mi w głowie wena  - mam świadomość, że to nad czym pracuję jest ważne, może dlatego nie chcę sknocić i oddać byle czego. Poza tym znowu odzywa się we mnie ten perfekcjonizm, który nie pozwala mi na robienie czegoś na pół gwizdka. Proszę więc o kciuki bo w tym tygodniu potrzebuję nieco weny – a przyznam szczerze, że w dobie kompletnego braku słońca od kilku dni jest o nią naprawdę ciężko. 

Od kilku dni siadam do komputera tylko po to, aby nakreślić do Was Kochani kilka słów albo obejrzeć Zaklinaczkę. Poza tym to nie mam w ogóle ochoty siedzieć przed komputerem – i to nawet nie jest poczucie jakiegoś lenistwa tylko jakaś wewnętrzna niechęć i ciągła senność z braku słońca. Zwiększyłam sobie dawkę witaminy D3, staram się wietrzyć częściej pokój, pić soki owocowe, wcinać kiszonki oraz jabłka i codziennie uśmiechać się rano do lustra ale ciągle czuję się „rozmemłana” i „rozdziamorzona” i mam ochotę tylko „płaszczyć dupsko” pod kocem z książką w ręku. Ale staram się nie poddawać. I dobrze, że mam obiad w zapasie.

Pomysły od Was na pokonanie tego dziwnego stanu w komentarzach są mega mile widziane. Może podacie jakieś swoje sposoby na walkę ze sobą kiedy brak słońca chowa Naszą aktywność głęboko do szafy?

Buziaki znad literatury, E


P.S. Narzeczony kupił mi hantelki, sztuk dwie – będę ćwiczyć po 20 minut dziennie od poniedziałku, może to coś da ? Niestety nie mogę pójść na spacer ani nic z tych rzeczy, bo lekarka zabroniła, ale mam nadzieję, że ta mała aktywność nieco doda mi wigoru i sił :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz